Logistyka wielodzietnych

No dobrze, drodzy Czytelnicy! Dzisiaj ruszamy z pewnym eksperymentem…

Jak wiecie, na „Niebieskiej ławeczce” nie publikujemy zbyt często. Nie jesteśmy profesjonalnymi blogerami ani influencerami – to nie jest nasz zawód. Nasze posty pojawiają się rzadko z jednego, bardzo prozaicznego powodu: jesteśmy często zalatani. Życie w rodzinie wielodzietnej to jest wielka, wręcz ogromna logistyka.

 

I to właśnie ta logistyka jest tematem dzisiejszego wpisu. Inspiracją do niego są nieustanne pytania, które zadają mi różne osoby. Regularnie ktoś nas zaczepia i pyta z niedowierzaniem: „Jak wy sobie z tym wszystkim radzicie? Jak to ogarniacie?”.

 

Zanim jednak odpowiem, słowo wyjaśnienia o samym eksperymencie. Największym problemem jest dla mnie zawsze czas – wygospodarowanie wolnej chwili, by usiąść do laptopa i napisać tekst na kilka stron- to graniczy z cudem 😉 Dlatego postanowiłem wykorzystać dobrodziejstwa współczesnej technologii. Ten post pisze się praktycznie sam… na ekranie mojego telefonu, kiedy ja po prostu dyktuję go do Dokumentów Google. Zobaczymy, co z tego wyjdzie!

 

Wybiegając w przyszłość wyszło całkiem nieźle 🙂

 

Wracając do meritum: jak my to ogarniamy?

Kiedyś a dziś

Kiedy słyszę to pytanie, zawsze włącza mi się w głowie jedna myśl. Myślę o naszych babciach. Prababcia mojej żony miała dwunastkę dzieci. Była bieda, głód i wojna. Nie było pralek, lodówek, gotowych słoiczków ani pampersów, a posiadanie dziesięciorga czy dwunastorga dzieci było wtedy normą. I oni jakoś dawali radę…

 

Oczywiście mam pełną świadomość, że współczesny świat jest zupełnie inny. Nasze czasy są trudne na swój własny, specyficzny sposób. Standardy i oczekiwania społeczne poszybowały w górę. Nasza świadomość jako rodziców jest nieporównywalnie większa, a liczba bodźców i spraw, które musimy codziennie kontrolować, potrafi przytłoczyć. Nasza ludzka percepcja ma przecież swoje granice. Wychowywanie gromadki dzieci dzisiaj to zupełnie inne wyzwanie, bo świat nakłada na nas presję ideału.

 

Jak więc w tym wszystkim nie zwariować i poukładać codzienność? O tym opowiem Wam krok po kroku z mojej perspektywy…

 

No właśnie – standardy. Jeśli damy się im przytłoczyć i zaczniemy ślepo za nimi biegać, to gwarantuję Wam, że szybko polegniemy. Mając gromadkę dzieci, nigdy nie dogonimy standardów kogoś, kto ma jedynaka i do tego jest bardzo majętny. To czysta fizyka i ekonomia, siła wyższa. Tylko czy my naprawdę musimy do tych standardów dobijać? Czy musimy spełniać oczekiwania, które tak chętnie i bezlitośnie kreują media społecznościowe?

 

Jako rodzice jesteśmy powołani do czegoś zupełnie innego. Naszym podstawowym wyzwaniem i zadaniem jest dać dzieciom miłość, poczucie bezpieczeństwa i wyposażyć je w takie wartości, żeby potrafiły same mądrze wejść w dorosły świat. I oczywiście fajnie jak dbamy też o te bardziej przyziemne potrzeby dzieci – wakacje za granicą, ciuchy, jedzenie jakie lubią, ale to nie jest najistotniejsze.

Analogia samochodu

Często myślę o naszej dużej rodzinie jak o… samochodzie. Taki pojazd, żeby w ogóle ruszył i jechał, potrzebuje wielu współgrających ze sobą elementów.

 

Po pierwsze, potrzebna jest karoseria, czyli bezpieczna przestrzeń – u nas to po prostu nasz dom. Miejsce, gdzie wszyscy możemy schronić się przed światem. Po drugie, auto potrzebuje paliwa, a naszym paliwem jest jedzenie. Logistyka spożywcza, zakupy i gotowanie dla takiej ekipy to w ogóle temat rzeka na osobny wpis!

 

W tym wpisie chcę omówić w pewnym sensie perspektywę kierowcy, choć kierownicę trzymamy mocno oboje z żoną, a system żony jest pewnie trochę inny.

 

Dla mnie logistyka to całe to ukryte okablowanie, elektronika i hydraulika, która pracuje pod maską. To te wszystkie niewidoczne procesy, bez których auto nie pojedzie. Ale pamiętajcie o jednym: logistyka, choćby była idealna, nie jest silnikiem.

 

Silnikiem naszej rodziny jest moje małżeństwo. Relacja z moją żoną to serce tego wszystkiego i to stąd bierze się cała moc do tego, by nasza maszyna parła do przodu. Logistyka ma tylko (i aż) pomóc temu silnikowi płynnie pracować.

 

Skoro ustaliliśmy już anatomię naszego rodzinnego samochodu, czas na obiecane spojrzenie z perspektywy jednego z kierowców, czyli moje.

Mój – męski punkt widzenia

Wchodzimy bowiem na teren tematu, który w moim życiu podlega nieustannym adaptacjom. Choć sam jego rdzeń, ten przysłowiowy „kor”, wykuwał się przez lata i dziś mam już wypracowany stały system, to diabeł tkwi w szczegółach. Moja codzienność cały czas wymaga doszlifowywania i reagowania na bieżąco. Czasami te zmiany są drobne i czysto techniczne – jak choćby niedawna wymiana torby na inny model, który lepiej spełnia moje aktualne potrzeby. Bo wbrew pozorom, dobrze zorganizowana torba to w logistyce wielodzietnej kluczowy element wyposażenia!

 

Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Musimy zacząć od samego początku.

 

Pierwszą i najważniejszą rzeczą, do której doszedłem po latach prób i błędów, jest absolutna konieczność posiadania systemu. Nazwijcie to planem logistycznym, ale w praktyce chodzi o zwykłą, żelazną systematyczność. I od razu powiem Wam szczerze: im dłużej trwa rok szkolny, tym trudniej mi ten plan utrzymać. Mimo to każdego dnia dążę do tego, by trzymać się wyznaczonych ram.

 

Dlaczego to takie trudne? Ponieważ życie z gromadką dzieci bywa nieprzewidywalne, a moja praca jest niezwykle elastyczna i wymaga ode mnie pełnej aktywności w różnych godzinach. Z tego powodu mój plan musi być z gumy, ale ma punkty, które są dla mnie nienaruszalne.

Czas dla mnie

Moim absolutnym standardem od poniedziałku do piątku (a często też w weekendy) jest wywalczenie od 30 do 45 minut tylko dla siebie na początku dnia. To dla mnie czas fundamentalny. Moment, w którym mogę w ciszy się pomodlić, zrobić rzeczy najważniejsze i przede wszystkim – usiąść w spokoju i sprawdzić plan działania na dany dzień i podsumować to, co przede mną. Bez tych czterdziestu minut też funkcjonuje ale… jakość jest zasadniczo gorsza. Jak to osiągam… wstaje przed całym domem. Ideałem jest 5.30. W ciszy zamykam wszystkie drzwi do pokojów dziecięcych i krocząc jak połamany, schodzę po schodach na dół nie wydając najmniejszego szmeru. Kieruję się do biura, gdzie mam czajnik, kubek i herbatę oraz koc i świeczkę. I święty spokój. Zaczynam od ćwiczenia Wima Hoffa (Nie będę pisać co to – wpiszcie w google), a potem jest modlitwa i i inne elementy. Te poranne 45 min to mój złoty standard. Mam wtedy czas na zrealizowanie tego, co założyłem, zanim świat wokół nas na dobre obudzi się do życia.

 

Oczywiście, bywają dni wykańczające. Dni, kiedy wieczorem działo się tak dużo, że rano człowiek ledwo patrzy na oczy. I wstanę za późno – wtedy ograniczam program do minimum.

Poranek c.d.

Standardowo około 7.15 wyjeżdżam już z domu, by w okolicach 8:00 zameldować się w pracy. I wtedy machina rusza na pełnych obrotach…

 

Dlaczego wyjeżdżam tak wcześnie? Po pierwsze – korki. Po drugie – logistyka szkolno-przedszkolna. Często po drodze muszę „rozwieźć” część dzieci (pozostałą część rozwozi nieco później żona) do ich placówek, a nasz najstarszy syn uczy się już w liceum w samym centrum miasta.

 

W tym moim porannym planie jest jeszcze jeden niezwykle ważny punkt: przygotowanie ciepłych śniadań dla moich dzieciaków. Szykowanie tych porannych posiłków dla całej ekipy stało się dla mnie przestrzenią, w której… niesamowicie rozwinąłem się kulinarnie! Czerpię inspiracje z Facebooka, YouTube’a i innych portali. Media społecznościowe potrafią podsuwać świetne patenty, a mnie ta poranna logistyka kuchenna nauczyła naprawdę wiele, a już na pewno bycia bardzo sprawnym w kuchni 🙂

 

Wieczór

Drugą taką przestrzenią w ciągu doby, o którą każdego dnia walczę, jest wieczór. Kiedy w końcu uda się nam z żoną położyć młodsze dzieci spać, nadchodzi czas na moje wieczorne rytuały i nawyki, które konsekwentnie staram się wdrażać i pielęgnować. No dobra, z tymi, z którymi trzeba posiedzieć dłużej, siedzi wtedy żona i to daje mi możliwość tej drugiej dobowej przestrzeni.

 

 

Filozofia życia

I w tym miejscu warto chyba wywołać „słonia w pokoju” i opowiedzieć Wam o czymś fundamentalnym. Bo za tym całym moim systemem kryje się konkretna filozofia życia, którą stosuję od dłuższego czasu.

 

Jednym z moich ulubionych cytatów jest chińskie powiedzenie: „Kto robi wielkie kroki, daleko nie zajdzie”. To jest absolutna podstawa mojego funkcjonowania – metoda małych kroków, ale robionych codziennie.

 

Ta filozofia wzięła się u mnie naturalnie z mojej pracy z instrumentem muzycznym. Tam systematyczność to podstawa, a z czasem to podejście genialnie przełożyło się na całe moje życie codzienne. Oczywiście, wymaga to potwornej, wręcz tytanicznej dyscypliny. Bez niej metoda małych kroków po prostu nie zadziała – te kroki trzeba przecież realnie, fizycznie stawiać każdego dnia. (W dalszej części opowiem Wam, jak to monitoruję i jak kontroluję samego siebie).

 

Jest jeszcze drugie powiedzenie, które bardzo lubię – chyba afrykańskie: „Cierpliwy człowiek rozgotuje nawet kamienie”. To druga busola, która prowadzi mnie przez codzienność.

Notatnik

No dobrze, ale jak to wszystko przekłada się na praktykę? Jak wygląda mój codzienny system? Składa się on z kilku konkretnych elementów. Pierwszym z nich, moim absolutnym „must have”, bez którego nie istnieję, jest mój notatnik. Ale uwaga – to nie jest żaden przypadkowy zeszyt. Szukałem go długo… Przez lata przetestowałem dziesiątki różnych notesów i kalendarzy. W końcu trafiłem na ideał – model, który spełniał absolutnie wszystkie moje wymagania. Kiedy go odkryłem, zrobiłem coś, co zrobiłby każdy przezorny logistyk: kupiłem zapas na kilka lat do przodu! I całe szczęście, bo dzisiaj w Flying Tigerze nie mogę go już nigdzie znaleźć…

 

Czym ten mój notes różni się od zwykłego kalendarza? To genialnie przemyślana konstrukcja, która łączy w sobie kilka funkcji. Ma zintegrowany kalendarz tygodniowy, ale oprócz tego składa się z sekcji o różnej szerokości stron – węższych i szerszych, co pozwala na genialną organizację notatek.

 

Najważniejsze jest jednak to, co ukryłem w okładkach i na sztywnych zakładkach.

 

Na samym froncie mam zdjęcie mojej rodziny. Po to, bym w każdej minucie dnia, gdy otwieram notatnik, pamiętał, dla kogo to wszystko robię i po co tak naprawdę się staram.

 

Same zakładki to już czysta esencja mojego systemu:

 

Pierwsza, najmniejsza zakładka: To moje „20 zasad”. Staram się je powtarzać codziennie, a nawet uczyć się ich na pamięć. To one trzymają mnie w ryzach i nadają kierunek mojemu działaniu. Po poprzednim roku trochę je zmodyfikowałem i dostosowałem do nowych wyzwań, ale wciąż są moją bazą.

 

Kolejna zakładka: Tutaj mieszczą się moje modlitwy oraz najważniejsze życiowe sentencje – w tym te dwie, o których opowiadałem Wam przed chwilą (o małych krokach i cierpliwym rozgotowywaniu kamieni). To do nich sięgam każdego ranka podczas moich 40 minut ciszy.

 

Tylne, sztywne zakładki (które sam dodatkowo dokleiłem): To moja przestrzeń planowania miesięcznego. Wpisuję tam rzeczy, o których muszę pamiętać w danym miesiącu – na przykład o odnowieniu kontaktu z konkretnymi osobami, ważnych sprawach lub praktykach comiesięcznych, na przykład o randce z Żoną lub o moim nowym celu na ten rok, czyli pisaniu przynajmniej jednego posta miesięcznie na „Niebieską ławeczkę”. 😉

A co znajduje się w środku, pomiędzy tymi zakładkami? Oczywiście wspomniany kalendarz tygodniowy. To jest mój kalendarz bieżący. Moje codzienne narzędzie walki, w którym czarno na białym zapisuję konkretne zadania na dany dzień…

 

Ten tygodniowy kalendarz to moje narzędzie do myślenia z wyprzedzeniem. Staram się planować do przodu, żeby nic mnie nie zaskoczyło, i tam z góry wpisuję najważniejsze punkty programu na nadchodzące dni.

 

Prawdziwa magia tkwi jednak w podziale kartek na węższe i szersze, o którym Wam wspominałem. To tutaj moje życie dzieli się na konkretne sfery:

 

Węższe kartki – sprawy domowe i rodzinne: To tutaj ląduje cała bieżączka związana z zarządzaniem domem. Wszystko, co nie dotyczy mojej pracy: od skoszenia trawnika, przez pilne sprawy bankowe, aż po drobne domowe awarie. Zastanawiacie się pewnie, kiedy i w jakich okolicznościach te zadania tam wpisuję? O tym opowiem Wam już za chwilę, kiedy przejdziemy do mojego „zamku ciszy”…

 

Szersze kartki – sprawy zawodowe: Jak być może wiecie (albo i nie!), na brak zajęć nie narzekam. Mam dwie stałe prace, dodatkowe zlecenia, a do tego czasem jeszcze pomagam żonie w naszej firmie (bo w 90% to jednak jej domena). Żeby w tym wszystkim nie zwariować, sprawy zawodowe muszą mieć osobną przestrzeń. Na szerszych stronach rozpisuję konkretne projekty i obowiązki służbowe: zrobić to, załatwić tamto. Dzięki temu wszystko jest idealnie posegregowane.

 

Te dwie sekcje to mój wielki magazyn zadań, z którego potem odhaczam kolejne punkty. Podczas moich porannych 40 minut siadam do notesu i przerzucam wybrane zadania bezpośrednio na konkretny dzień w kalendarzu tygodniowym.

 

Myślicie, że to koniec? Skądże! Mój system ma jeszcze jedno serce – kalendarz miesięczny. Trafiłem na niego zupełnym przypadkiem, kiedy kupowałam coś mojej córce. To genialny, minimalistyczny kalendarz, który ma w środku same puste kratki do samodzielnego wypełnienia. Ponieważ żyjemy rytmem dzieciaków, wypełniam go w trybie szkolnym – od września do września. Daty i dni tygodnia zawsze wpisuję ołówkiem, na wypadek gdybym się pomylił. Ten kalendarz jest cieniutki, więc włożyłem go do środka mojego głównego notatnika i idealnie się z nim zespolił.

 

A skoro o ołówku mowa – na stałe mam przyczepiony do notesu ołówek automatyczny. Zdecydowanie bardziej wolę planować i notować ołówkiem niż długopisem. W logistyce wielodzietnej plany muszą być trwałe, ale też łatwe do wygumowania, kiedy życie rzuca nam pod nogi niespodzianki.

 

Ten wpinany kalendarz miesięczny to moje okno na przyszłość. Zapisuję w nim z dużym wyprzedzeniem wydarzenia zawodowe i rodzinne, które nie zmieściłyby się w widoku tygodniowym. Mam już kupionych kilka sztuk tego zeszyciku na zapas. Podsumowując tę część: pod pachą noszę jedno wielkie kompendium, na które składają się dwa kalendarze (tygodniowy i miesięczny) oraz wieloczęściowy notes.

 

Ale to nie wszystko. Na moim biurku leży jeszcze jeden, mniejszy bohater – wyrywany notatnik bieżący. To na nim, podczas porannego rozruchu, ląduje mój plan dnia. Wypisuję tam po kolei, w punktach, cały program na najbliższe godziny, przepisując też kluczowe rzeczy z głównego kalendarza. Kiedy lista jest gotowa, po prostu wyrywam tę kartkę i wkładam ją do głównego notesu. Mam ją wtedy zawsze pod ręką.

 

Kiedy ten system działa na pełnych obrotach, nawigacja przez ocean codziennych obowiązków jest naprawdę sprawna. I co najważniejsze – chroni mnie przed moją własną wadą. Mam bowiem tendencję do rzucania się na wszystko naraz, co zazwyczaj kończy się totalnym wykończeniem i wypaleniem. Oczywiście są wielkie, niepodzielne zadania, które trzeba po prostu „przepchnąć” jednym ciągiem. Jednak większość naszej codzienności to drobnica: tu zadzwonić, tam dopytać, tu domknąć jakiś logistyczny szczegół.

 

Wszystkie te papierowe narzędzia byłyby jednak bezużyteczne, gdyby nie fundament, o którym już wspominałem – mój „zamek ciszy”.

 

Czym jest ten zamek? To bardzo krótki czas w ciągu dnia. Czasami to zaledwie 5, czasem 10 minut. Siadam wtedy, patrzę w myślach na ogród, dom i wybiegam do przodu. Skanuję naszą rodzinną przestrzeń. Szukam potencjalnych rzeczy, które są do zrobienia, do poprawienia czy dokończenia w domu i wokół niego. I to właśnie podczas tych kilku minut rodzą się punkty, które później lądują w odpowiednich rubrykach mojego notesu.

 

Dzięki temu nie działam po omacku. Nie wszystko da się – i nie wszystko powinno się – robić od razu, bo człowiek po prostu by się zajechał. Moja filozofia opiera się na tym, że to właśnie te drobne kroki stale posuwają mnie do przodu. W życiu dużej rodziny mnóstwo rzeczy to powtarzalne czynności, które musimy wykonywać dzień w dzień. Tylko dyscyplina i wytrwałość pozwalają nam w tym trwać i nie stać w miejscu. Zamek ciszy to mój moment na wyprzedzenie własnych myśli i własnego życia. To tam zbieram wszystko do kupy, by o poranku mądrze rozdzielić zadania.

Aplikacja

Papier to jednak nie wszystko. W tym całym systemie dowodzenia mam jeszcze jednego potężnego sojusznika. Mieści się w moim telefonie. I uwaga – wcale nie mam tutaj na myśli Kalendarza Google…

 

Wspomniałem o Kalendarzu Google i rzeczywiście – ostatnio zacząłem z niego korzystać, ale w bardzo specyficzny sposób. Nie służy mi on do planowania dnia, lecz jako pamięć podręczna dla stałych, powtarzalnych okazji. Zapisuję tam rzeczy typu: „w czwartki są tańsze obiady w Żabce – warto kupić” albo „w tej piekarni po danej godzinie jest tańsze pieczywo”. Ustawiam na to alarm, telefon pika, a ja oszczędzam czas i budżet. Nie korzystam z tego super intensywnie, ale jako wsparcie logistyczne sprawdza się świetnie.

 

Prawdziwym cyfrowym game-changerem jest jednak dla mnie inna aplikacja. Nazywa się Habitive. Jest darmowa i w moim przypadku zadziałała po prostu fenomenalnie.

 

To aplikacja do śledzenia nawyków. Ja swoich mam tam wbitych naprawdę sporo, chyba z trzydzieści! (Policzyłem… 39) Całość jest genialnie prosta: tworzysz ikonki i odhaczasz, czy danego dnia zrealizowałeś zadanie. Dla mnie to potężny motywator. Żeby jednak nie zwariować i nie dać się zagonić w ślepy kozi róg, traktuję to zadaniowo głównie od poniedziałku do piątku. W weekend odpuszczam, żeby odpocząć.

 

Jakie nawyki tam mam? Przeróżne! Od porannej medytacji nad fragmentem Biblii, przez 10 minut czytania książki (w ten sposób powoli, ale skutecznie posuwam się do przodu w lekturach trudnych i wymagających), aż po… codzienne sprzątanie jednej małej przestrzeni. Moim nawykiem jest to, że każdego dnia staram się doprowadzić do porządku choćby jedną szufladę, szafkę kuchenną czy małą półkę. Ostatnio wziąłem automatyczną szczotkę i wyszorowałem jedną z naszych wiecznie zasyfionych domowych szuflad, której nikt inny nie ruszał. Jeśli któregoś dnia nie zrealizuję nawyku? Świat się nie zawali. Ale kiedy pod koniec tygodnia widzę w aplikacji, że jakiś obszar mocno zaniedbałem, dostaję jasny sygnał: „Dobra, stary, czas to nadrobić”. To jest właśnie to codzienne posuwanie się do przodu małymi krokami.

 

Ostatnim, niezwykle ważnym elementem mojego domowego „centrum dowodzenia” jest fizyczna tablica, którą mam powieszoną wprost przed oczami, nad biurkiem. Na niej króluje logistyka jedzeniowa, czyli nasze menu.

 

Wymyśliłem sobie system rotacyjny. Mam rozpisane trzy stałe, pięciodniowe zestawy obiadowe (w sumie 13 sprawdzonych przepisów) oraz dwa pięciodniowe zestawy śniadaniowe (10 pomysłów). Po prostu wymieniam je co tydzień, dzięki czemu jedzenie nam się nie nudzi, a my nie musimy codziennie rano zadawać sobie tego koszmarnego pytania: „Co dzisiaj na obiad?”. To mój patent na usprawnienie codzienności. Kiedy nauczysz się gotować te konkretne rzeczy, możesz to po prostu skalować – robisz to coraz szybciej, wiesz, co możesz przygotować wcześniej i jak optymalizować proces.

 

Oczywiście chciałbym gotować dla rodziny jeszcze więcej i jeszcze sprawniej. A absolutnym kluczem i nowym sercem naszej kuchennej logistyki stała się rzecz, którą kupiliśmy całkiem niedawno – duża, porządna zamrażarka. Ale zamrażanie jedzenia i gotowanie hurtowe w rodzinie wielodzietnej to już jest tak potężny, osobny temat logistyczny, że o logistyce zakupowo-kuchennej i o tym, jak dokładnie ogarniamy sferę lodówkowo-zamrażarkową, opowiem Wam szczegółowo w kolejnym poście.

 

Dzisiaj chcę jednak wrócić do fundamentu i odpowiedzieć na pytanie: po co to wszystko? Skąd to się w ogóle wzięło?

 

Nasze życie jest potwornie intensywne. Dzieci rosną, a wraz z nimi rosną i zmieniają się ich potrzeby. Z jednej strony mamy nastolatków – mój szesnastolatek ma już zupełnie inne oczekiwania. Wiadomo, jak to jest wśród młodzieży: potrzebuje funduszy na swoje wydatki, fajnych ciuchów, planów na wakacje. Oczywiście nie będę się z nim bawić zabawkami, ale mamy swoje wspólne męskie przestrzenie – potrafimy powalczyć na miecze albo wyskoczyć na laserowy paintball. Z drugiej strony są młodsze dzieci, które jak powietrza potrzebują po prostu uwagi, fizycznej obecności i wspólnej zabawy. Moja czwarta pociecha, córka, uwielbia trampoliny, więc czasem pakuję się i jadę z nią skakać. I tak o każdym dziecku mógłbym napisać jakiś szczegół, wskazówkę na wspólny z nim czas.

 

Gdy dodacie do tego moją pracę – niezwykle płynną, elastyczną i wymagającą maksymalnego skupienia – zobaczycie zagmatwany obraz, pełen nieoczywistych fragmentów. To właśnie z tego powodu wykształcił się mój system. System, który bez żelaznej dyscypliny po prostu by runął. Aplikacja Habitive, notatniki, zamek ciszy – to wszystko trzyma mnie w pionie, motywuje do planowania i codziennej porannej rutyny. Do odhaczania kolejnych nawyków. Dzięki temu ostatnio zacząłem na przykład odmalowywać fragmentami dom, czyszcząc zabrudzenia, które nasze dzieci nanoszą 😉

 

Mimo to życie i tak bez przerwy zmusza mnie do adaptacji. Plany muszą być z gumy, bo rzeczywistość rzuca nam wyzwania każdego dnia. Czasami człowiek jest po prostu śmiertelnie wyczerpany. I wiecie, co jest w tym wszystkim moim najtrudniejszym ćwiczeniem? Odpuszczanie.

 

Mam taką zgubną cechę, że kiedy nagle zyskuję chwilę wolnego czasu, to zamiast usiąść i odpocząć, ja… dokładam sobie kolejne zadania. Biegnę do przodu, kombinuję, co by tu jeszcze zrobić. To błąd. W logistyce wielodzietnej kluczowa jest umiejętność zrzucania rzeczy na później. [1]

Żonglerka

Oglądaliście kiedyś film „Jak ona to robi?”? Jest tam niesamowicie mądra scena, w której życie zostaje porównane do akrobaty żonglującego piłeczkami. Każda piłeczka to inna sprawa, inny obowiązek, inne dziecko. W rodzinie wielodzietnej musisz być takim żonglerem. Czasami jakaś piłeczka musi po prostu chwilę lecieć wyżej. Wiemy na przykład, że za jakiś czas jest ważne wydarzenie w szkole. Po drodze musisz wykonać mnóstwo małych ruchów – „podrzucić piłeczkę”: doglądnąć, sprawdzić, dopytać, czy ktoś czegoś nie zapomniał. W międzyczasie poświęcam czas jednemu dziecku – super, ta piłeczka jest zabezpieczona. Ale w tym samym momencie inna zaczyna opadać, bo drugie dziecko akurat teraz potrzebuje czegoś zupełnie innego.

Bycie rodzicem wielodzietnym to potężne wyzwanie. W tym całym szalonym kołowrotku spraw i ciągłego żonglowania nie wolno nam jednak stracić z oczu tego, co najważniejsze. Musimy pamiętać, po co to robimy.

I tutaj wracam do silnika, o którym pisałem na samym początku. Silnikiem naszego rodzinnego samochodu jest małżeństwo. Wzajemna miłość moja i mojej żony. To jest serce całego układu, o które musimy dbać i pilnować go najbardziej na świecie. Nasza miłość do dzieci nie bierze się z próżni – ona wypływa bezpośrednio z tej miłości, którą darzymy się z małżonką. To nas definiuje, to nas determinuje i to daje nam codzienną siłę do kochania naszej gromadki. Gromadki, która potrafi dać popalić, bywa niesamowicie wymagająca, ale jest po prostu absolutnie wspaniała!!!!!!!!

Na koniec chcę Wam powiedzieć coś bardzo ważnego. Bycie rodzicem wielodzietnym to potężny, największy dar. Dar, do którego z całego serca Was zachęcam i o którym tak chętnie Wam tutaj opowiadam.

Jednak pamiętajcie o jednym: to wszystko, co Wam tutaj opisałem – ten cały mój wypracowany system – to jest tylko pewien drogowskaz, ideał. A rzeczywistość? Rzeczywistość bardzo często się rwie. Podlega nieustannym wahaniom i fluktuacjom. Nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak bym chciał. I wiecie co? Tak ma być! Nasze wielodzietne życie musi być elastyczne. Gdybyśmy sztywno trzymali się planów i biczowali za każde potknięcie, po prostu byśmy zwariowali. Dlatego pozwalam sobie na to, że w aplikacji Habitive mam czasem puste sloty. No nic – teraz się nie udało, to może jutro się uda!!

Ten system nie ma robić ze mnie robota. On ma mnie trzymać w pionie. To dzięki metodzie małych kroków i dobrej organizacji udaje mi się wywalczyć w ciągu dnia krótkie chwile na rzeczy, które są ważne tylko dla mnie. Znajduję przestrzeń, by pograć na instrumencie, pomalować, czy zaplanować dla nas kolejną wycieczkę. Kiedyś myślałem, że potrzebuję na to godzin. Dziś wiem, że wystarczy 15 minut. Spróbujcie kiedyś włączyć stoper i przez piętnaście minut skupić się w stu procentach tylko na jednej czynności – zdziwicie się, jak niesamowicie dużo można wtedy zrobić!

Żeby to jednak było możliwe, musiałem odrobić jeszcze jedną, potwornie trudną lekcję. Mój odwieczny wróg: telefon. Jednym z moich najważniejszych codziennych nawyków stało się odkładanie go na bok i chowanie z zasięgu wzroku. Wszystko po to, by nie rozpraszać uwagi i potrafić bez reszty zaangażować się w dane zadanie czy rozmowę. Często ponoszę na tym polu porażki, ale nie poddaję się i ćwiczę dalej.

I to by było na tyle, drodzy Czytelnicy. Oto pierwsza część naszych logistycznych opowieści – logistyka z perspektywy męskiego kierowcy naszego rodzinnego samochodu. To system, który u mnie zdał egzamin. Mam wielką nadzieję, że dla kogoś z Was stanie się inspiracją, a dla innych po prostu ciekawostką pokazującą nasz świat od kulis.

Niezależnie od wszystkiego, zostawiam Was z moją najważniejszą życiową filozofią: drobne kroczki, ale codziennie do przodu.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia przy kolejnym poście!


 

P.S. Muszę tu teraz napisać coś bardzo ważnego. Ten wpis powstał w następujący sposób. Po pierwsze dyktowałem go do telefonu. To wiecie, bo napisałem o tym na początku, ale …. to, co się zapisało, delikatnie mówiąc, było dalekie od ideału. Bez interpunkcji, często błędy słowne, a tutaj zawsze był drugi mój odwieczny problem, czyli edycja, którą robiła Julia. Ona zwykle brała te moje pisane teksty i poprawiała sens i interpunkcje. A to co nagrałem… było jeszcze gorsze, bo było zero kropek, przecinków, ale … Skorzystałem z AI 🙂 i on mi to wspaniale załatwił !! Piszę to, aby nie było wątpliwości. Tekst jest w całości mój. Nie generowałem go, tylko podyktowałem. To są moje rozwiązania. AI pomogło w edycji, ale na koniec przeczytałem i poprawiłem to, co uznałem za mało sensowne, bo trochę zmienił mi niektóre rzeczy. Dzięki tym dwóm systemom rozwiązałem moje odwieczne problemy. Dzięki temu chyba będę miał łatwiej na przyszłość tworzyć wpisy. Czas pokaże 🙂

Grafika: magnific.com

Dodaj komentarz