Pobudka pełna miłości

Wiecie co, od dłuższego czasu miałem problem z porannym budzeniem naszych dzieci.

”Problem”, to nawet mało powiedziane. Nasz najstarszy syn chodzi do klasy drugiej, starsza córka do zerówki, a młodszy z synów od czasu do czasu chodzi do przedszkola (jak ma ochotę, czyli rzadko). Ja sam wstaję około 6.45, żeby zebrać się do filharmonii. Zwykle kiepsko mi to idzie, bo z natury jestem śpiochem. Ale moje zbieranie to nic, w porównaniu do zwlekania się z łóżka naszych dzieci.  Sprawę pogarsza fakt, że dzieci wiedzą o obecności Julii w domu z naszą Najmłodszą i potrafią wykorzystywać to, odwołując się do naszego współczucia.

Nasz Pięciolatek wczoraj rozbił bank.

Wiedząc, że ma iść do przedszkola, już od wczoraj miał plan, że dziś będzie chory. Nawet wiedział na jaką chorobę. A było to tak:

Siedział na kanapie i myślał. Myślał i myślał (tak, to w jego stylu), i w końcu stwierdził, że jutro to on chyba będzie miał ospę. Na to Julia wyjaśniła mu, że to raczej niemożliwe, bo ospę już kiedyś miał, a ospę ma się tylko raz w życiu i że ewentualnie można mieć dwa razy, ale to bardzo rzadki przypadek. A wtedy Myśliciel nasz stwierdził, iż:

ma nadzieję, że jutro będzie właśnie ten RZADEK.

No mistrz …

Nasz Pierworodny z kolei robi czasami rano wielkie afery,

kiedy wstaje i orientuje się, że zapomniał o jakimś zadaniu domowym. Ostatnio nam z tego powodu uciekł przez okno i ganiał po łące. Byle tylko nie pójść do szkoły i nie dostać pały.

No więc zwykle budzenie jest problemem strasznym, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, jakie nowe słowotwórstwo powstanie i jakie poranne joggingi.

Ale… Kto śledzi naszą stronę na FB, to wie, że prowadziliśmy ostatnio rekolekcje nad morzem.

To jest temat na osobny post, ale wróciłem z tych rekolekcji (prócz tego, że zmęczony – mieliśmy tam mnóstwo pracy jako organizatorzy) z nowym entuzjazmem, żeby kierować się miłością wobec żony i dzieci (wielkie mi odkrycie! ale jednak czasami trzeba na nowo Ameryki odkrywać 😉 ). Pierwszy tego owoc, to właśnie… pomysł na nasze poranki.

A więc po powrocie z rekolekcji wiedziałem, że poranek nie będzie łatwy – dzieciaki kompletnie odzwyczaiły się od normalnego trybu. Gdy już miałem z ciężkim sercem ruszyć do boju i budzić towarzystwo, to nagle mnie oświeciło… zamiast podejść do każdego i prosić się, błagać, grozić, przekupywać, wyganiać z łóżka lub zabierać kołdrę, postanowiłem, że będę przytulać każde po kolei, przy tym głaskać po głowie i generalnie jak najczulej się odnosić.

Efekt? Rewelacja.

Że też człowiek wpada na takie rzeczy tak późno… Zamiast się denerwować, że jeszcze nie wstali, po prostu siedziałem z każdym dzieckiem przez chwilę, może po dwie minuty i gładziłem po głowie, dawałem buziaki i starałem się jak najwyrozumialej traktować.

Skoro dla mnie pobudka jest tak baaaaardzo trudna, to dla nich to pewnie jeszcze cięższe.

Zamierzam testować ów patent przez dłuższy czas, ale narazie wychodzi na to, że dzieci szybciej się zbierają 🙂 Nie chwalmy poranka przed zachodem słońca, bo z dziećmi nigdy nic nie wiadomo, ale jest nadzieja, że przykra czynność stanie się okazją do obdarzania miłością naszych misiaków. 🙂

Pozdrawiam serdecznie

Janusz

Zdjęcie utworzone przez freepic.diller – pl.freepik.com

Dodaj komentarz