Wielodzietność – najlepsze co może być! Czyli o Życiu w życiu.

Witajcie! Dawno nie pisałam, ale to chyba jasne – od roku jestem mamą szóstki dzieci, oł je!!! To powód do mega dumy i radości, źródło mojego wielkiego szczęścia, ale jednocześnie oczywiste uzasadnienie tego, dlaczego od roku nie miałam czasu tutaj zaglądać.

Jako że nasza Szósta właśnie niedawno roczek skończyła, wkraczam – jak zwykle u nas – w nowy, już znacznie łatwiejszy etap, w którym to np. zaczniemy wkrótce przesypiać całe noce, a ja nie będę już tak zmęczona. (O tym, dlaczego nasze dzieci zaczynają samodzielnie przesypiać całe noce, gdy kończą rok, możecie przeczytać tutaj i tutaj).

Co zmotywowało mnie, aby skrobnąć znów parę słów do Was, drodzy nasi Czytelnicy? To, co dzieje się ze światem, jak chodzi o postrzeganie “posiadania” dzieci, decydowania się na dzieci, w ogóle kwestii marzeń o wielodzietności. Tak – marzeń. Dla mnie to zawsze było marzenie i – o szczęśliwa ja! – udało się go spełnić!!! Juhuuuuuu! Jestem pod tym względem (subiektywnie rzecz ujmując) najszczęśliwszym człowiekiem świata! A tymczasem, jak coraz częściej – ku mojemu przerażeniu – spostrzegam: coś złego dzieje się z tym światem. Ludzie nie rodzą dzieci lub rodzą je “pojedynczo”, no już góra “podwójnie”. Żeby ktoś chciał i miał więcej niż troje dzieci, to ze świeczką szukać. A przecież to powinna być norma! Czworo, pięcioro, sześcioro, siedmioro, dwanaścioro dzieci, albo po prostu – no tyle ile kto chce, ale w każdym razie więcej niż te klasyczne dwoje czy troje (taaa, wiem, pocisnęłam – “troje” to już nie jest klasycznie, niestety).

Dlaczego powinna być to norma według mnie? A już wyjaśniam. Każdy z nas dostał życie i dawać je dalej to nasze główne życiowe powołanie: “darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. Każde nowe dziecko, to nadzieja dla świata, to nowa Wieczność, nowa Dusza, nowa niepowtarzalna historia nowego Człowieka. Cudownie jest móc wziąć udział w stworzeniu takiego Cudu. Jeszcze wspanialej jest móc współdecydować o zaistnieniu i życiu wielu takich Wieczności. Dać Komuś życie, współsprawić, że zaistnieje nowy Człowiek, a potem pielęgnować to życie, obserwować jak wzrasta i uczy się wszystkiego, pokazywać mu ten piękny świat, być częścią jego życia, widzieć jego piękno i uśmiechy, wiedzieć, że jest się mu niesamowicie potrzebnym, to coś, co najpełniej może zaspokoić ludzką potrzebę o sensie istnienia tutaj na ziemi! Ja totalnie, ale tak totalnie nie rozumiem, dlaczego ludzie wolą wszystko inne, tylko nie dzieci. Albo dlaczego odkładają je na koniec swojej listy życiowych planów. Kiedy robiłam karierę czułam jakie to puste, jak nie spełniam się tak głęboko (chociaż miałam już wtedy 4 dzieci). Kiedy podróżowałam, czy zdobywałam dobra materialne wiedziałam, że to nie jest szczyt moich marzeń, że to jest niepełne, płytkie, puste w środku, nie zaspokaja najgłębszych pragnień mojego serca. Dopiero kiedy stawałam się mamą, za każdym razem czułam się najszczęśliwsza na świecie, moje serce było wypełnione po brzegi poczuciem sensu i dopiero po szóstym dziecku wypełniło się wystarczająco bardzo, abym mogła odpowiadać ludziom, kiedy pytają “czy jeszcze będziecie mieć dzieci?” słowami “możliwe, że nie”. “Możliwe, że nie” (czyli jeszcze jest jakaś szansa, nadzieja i opcja, że tak!). I zdecydowanie radośniej mi, gdy myślę, że ta odpowiedź nadal może znaczyć, że kiedyś jeszcze dam Komuś życie. W każdym razie dopiero po szóstym dziecku moja Pełnia w sercu na tyle się dokonała, że mogę odpowiedzieć “możliwe, że nie”. A na karierę – gdyby mi się jej jeszcze zachciało (choć nie sądzę, bo w stosunku do szczęścia płynącego z macierzyństwa, jest to dla mnie coś mało atrakcyjnego jako opcja życiowa, no ale dobra, jakby mi się jednak zachciało) – nie ma problemu – jest nadal czas. Tak samo podróże mogę odbywać, czy dobra materialne zdobywać, mając dzieci. A nawet ma to wtedy dużo większy sens – w kwestii podróży – bo pokazuję piękny świat im, zabierając je ze sobą (to dużo większa radość dzielić zachwyt nad pięknem świata z Istotami, którym się dało życie, czyli umożliwiło się to zachwycanie się światem), lub mogę podróże traktować jako odskocznię, gdy podróżuję sama, aby jeszcze bardziej docenić to, że mam do kogo wrócić, że ktoś w moim domu na mnie czeka. Jak chodzi o zdobywanie dóbr materialnych z kolei – nikt tak jak dzieci nie daje motywacji do ich osiągania, bo robimy to również dla nich. Nikt też tak jak one nie nakręca do samorozwoju. One są wręcz tego naturalnym katalizatorem, bo bez samorozwoju byłoby ciężko. Wielodzietność jest tak wielkim wyzwaniem, że wyzwala w człowieku niesamowite pokłady jego wewnętrznego potencjału i siły, jakiej chyba nic innego wyzwolić by nie mogło.

 

A czym karmieni są ludzie dzisiaj? Treściami z serii “jakże to ciężko jest mieć jedno (sic!) dziecko. Jakże to odbiera wolność na każdym możliwym polu, jakże dziecko zniewala nas i uniemożliwia posiadanie perfekcyjnie wysprzątanego domu, spokojnego grania w gry komputerowe, zrobienia idealnego makijażu czy scrollowania internetu i upodobniania się do innych światowych perfekcyjnie-sztucznie-pod każdym względem plastikowych i idealnie Nierealnych”. No tak. Jak się chce być takim nierealnie i sztucznie perfekcyjnym człowiekiem to dziecko to (dzięki Bogu!!!) uniemożliwi. Ja na szczęście nigdy nie chciałam taka być. Na szczęście wolałam zawsze być szczęśliwa. I Was też zachęcam. Wybierzcie miłość, a nie święty spokój. Wybierzcie Życie, a nie plastikową sztuczność. Wybierzcie trud, a nie światową prościznę, która nie wypełni Waszych serc. Wybierzcie wyzwanie, przygodę, którym jest współdziałanie z Bogiem Stwórcą w stwarzaniu Człowieka.

Wiecie co ostatnio mnie uderzyło? Wypełniałam wniosek o jakieś stypendium naukowe dla naszego  dziecka, a tam, w paragrafie o ewentualnej trudnej sytuacji materialnej kandydata natrafiłam na taką definicję: “niekorzystna sytuacja społeczno-ekonomiczna to: pochodzenie z rodziny wielodzietnej, niepełnosprawność, wychowywanie przez samotnego rodzica lub przebywanie w pieczy zastępczej”. Ja pie… Przepraszam, dla takiego nieporozumienia już się cisną takie słowa na usta. Kto ma czelność nazywać wielodzietność NIEKORZYSTNĄ SYTUACJĄ?! I stawiać ją na równi z niepełnosprawnością czy rozbitym małżeństwem rodziców, a nawet odebraniem im praw rodzicielskich??! Chyba ktoś się pomylił i chciał napisać “POŻĄDANA SYTUACJA SPOŁECZNA”!!! Tak, to zdecydowanie jakaś pomyłka. W obecnych czasach katastrofy demograficznej, wielodzietność jest absolutnie POŻĄDANĄ  a nie “niekorzystną” SYTUACJĄ SPOŁECZNĄ. Jeśli nadal będziemy stawiać wielodzietność na równi z patologią, to przyrost naturalny się na pewno nie powiększy… Wielodzietność zasługuje na społeczne docenienie, szacunek i podziw. Wtedy może matki nie bałyby się krzywych spojrzeń i “życzliwych” komentarzy, myśląc o tym, czy zdecydować się na kolejne dziecko.

Niedawno znowu (już któryś raz) spotkałam się z sytuacją, że nowopoznana przeze mnie osoba, gdy dowiedziała się, że mam szóstkę dzieci, wyraziła swoje szczere współczucie. No do jasnej cho…! Zdenerwowałam się na nią nie na żarty! Jak ma czelność współczuć mi moich dzieci, które są moją dumą i spełnieniem życiowym? A co, gdyby któreś z naszych dzieci usłyszałoby jej słowa? Jakby się poczuło?

I jeszcze kilka słów o tym jakie są dzieci z rodzin wielodzietnych. Bo – i owszem – ich życie różni się nieco od tych z rodzin z 1 czy 2 dzieci. W zdrowej rodzinie wielodzietnej z samej swej natury istnieją lepsze warunki do nauki życia. Większa potrzeba samodzielności i nauka odpowiedzialności za własne sprawy (bo rodzic nie jest już w stanie wszystkiego perfekcyjnie dopilnować), lekki czasem niedobór finansowy, który uczy, że nie zawsze w życiu wszystko można mieć, a jednocześnie rodzi pomysły co mogę z siebie dać, aby to osiągnąć (u nas mistrzem na tym polu jest nasz Trzeci, ktory wymyśla coraz to nowsze “biznesy”, żeby zwiększyć zasoby swojego kieszonkowego), włączanie się w prace domowe, ktore uczy zaradności życiowej (rodzic nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć, bo np.8-osobowy dom, to już jest prawdziwa machina godna miana fabryki, pralni, restauracji itd.). To tylko niektóre z potencjałów jakie daje rodzina wielodzietna. Pytanie tylko czy rodzice ten potencjał wykorzystają, ale szczerze mówiąc, przy większej liczbie dzieci, prawdopodobnie życie ich wręcz do tego zmusi, bo kiedy masz piątkę, szóstkę czy więcej dzieci, nie jesteś już w stanie wszystkiego zrobić sam. Dzieci NIE SĄ PERFEKCYJNIE DOPILNOWANE, bo nie jest to już możliwe i to właśnie sprawia że uczą się życia w sposób naturalny. Czyli nieraz czegoś zapomną, ale to uczy ich żeby pamiętali sami, a nie liczyli na mamę; nieraz coś zawalą, ale mają okazję do wyciągania wniosków. A z rodzeństwem uczą się nieustannie, że nie są jedynym Ego na tym świecie, co chyba jest najbardziej potrzebną nauką na dzisiejsze czasy, kiedy panuje już epidemia ludzi-super-Ego.

No i właśnie przeszłam wprost do ostatniego wątku – mam wrażenie, że wielu ludzi, gdy już decyduje się na to jedno dziecko czy dwójkę, nie wyobraża sobie mieć ich więcej, bo pozwala im wejść sobie na głowę. Stawia to dziecko tak bardzo w centrum, że dziecko to terroryzuje ich życie doszczętnie, rozwala małżeństwo, wykańcza do cna fizycznie i rzeczywiście zabiera możliwość jakichkolwiek marzeń czy normalnego życia. Nie mówię tu o ekstremalnych przypadkach, gdy dziecko jest ciężko chore. Mówię o normalnych dzieciach, które po prostu czasem są skrajnie rozpieszczone. Dziecko nigdy nie może być jednak centrum, bo wyrośnie na wspomniane już super-Ego. Dziecko nie może rządzić, bo naszym zadaniem jest je kochać i wychować, a żadne dziecko nie będzie szczęśliwe bez jasnych zasad i reguł. Dziecko ma być “Drugie”, bo tak jak w samolocie podczas awarii, maskę tlenową najpierw zakłada rodzic, a potem zakłada on ją dziecku, tak samo w życiu, to my – rodzice mamy najpierw zadbać o siebie i  o naszą relację małżeńską, a dopiero potem w hierarchii możemy stawiać dziecko. Inaczej – katastrofa murowana – długo to nie pociągnie i albo rozpadnie się nasze małżeństwo, albo my dostaniemy depresji, albo wychowamy skrajnego nieporadnego życiowo egoistę. Najpewniej jednak zdarzą się te wszystkie 3 rzeczy, a świat nadal będzie zapadał się w zapaść demograficzną, bo kto chciałby sobie tak zrujnować życie -więc nadal ludzie nie będą decydować się na dzieci.

Podsumowując wszystko, co powyżej – piszę więc do Was – Młodzi: nie dajcie się zabajerować bzdurom tego świata, że cokolwiek innego może dać Wam poczucie głębokiego sensu i spełnienia niż prawdziwy trud, w pocie czoła i czasem nawet w bólu – trud życiodajny, który zaowocuje Życiem przez duże “Ż” w Waszym życiu! Tak – Życie w życiu! Bo o to chodzi! Żebyście nie żyli pozornie i płytko, jak wyidealizowane sztuczne trupy bez Życia – lalki Barbie i Kenowie z czteropakami, idealni i wymuskani, w idealnie nowoczesnych domach, gotowi na luksusowe lub egzotyczne podróże i przygody w każdy czas. Nie żyjcie też karierą, bo ona nie da Wam ostatecznego spełnienia. Ona nie da Wam Życia i nie sprawi, że Wasze serce będzie wypełnione głębokim Szczęściem. Nie dajcie sobie wmówić, że nie chcecie trudu, że nie chcecie umierać każdego dnia, po to, by naprawdę ŻYĆ!  Jezus dał nam Życie, umierając, a w Ewangelii w kółko powtarza, że nie mamy się lękać, tylko tracić życie, brać krzyż, umierać jak ziarno, co wpadło w ziemię, służyć. A to wszystko aby MIEĆ ŻYCIE W OBFITOŚCI. A na koniec jeszcze Jego słowa, już tak bez ogródek i w punkt całkowicie: “Kto przyjmuje jedno z tych Małych w imię moje, Mnie przyjmuje”. No tu już  w C-dur, że jak chcesz żyć z Jezusem, to przyjmuj Tych, których On chce Ci dać. Tych najmniejszych. I bądź ich mamą lub tatą. Bądźcie nimi razem i choćby we łzach i pod górkę, ale zawsze stawiajcie małżeństwo na pierwszym miejscu, no dobra, na drugim, za Jezusem. Czyli tak: Bóg to nr 1, potem ty i Twój współmałżonek (czyli również zadbanie o siebie). Jak zrobisz porządek z tymi dwoma, to reszta się sama ułoży – znajdzie się właściwe miejsce w szeregu dla każdego Twojego dziecka. Nie wierz temu światu, że jedno dziecko to maks. Otwórz się na  Życie, a to które już jest ustaw na swoim miejscu. Ono będzie się buntować, to oczywiste, ale Wy – małżonkowie możecie ze spokojem w tym czasie się przytulić i dać sobie buziaczka – jemu się krzywda nie stanie. Ono będzie szczęśliwe i będzie czuło się bezpiecznie, widząc szczęście swoich rodziców, chociaż na zewnątrz będzie głośno walczyło o swoją pozycję. Otwarcie na Życie i jednoczesne niepozwolenie jemu do wyjścia przed szereg sprawi, że zarówno Ty, Wy jak i Ono będziecie u SIEBIE. A chyba nie ma lepszego szczęścia na tym świecie, jak naprawdę czuć się jak u siebie, czyli jak w Niebie. Takiego Nieba na całego – odważnego i życiodajnego życzę Wam! Nie dajcie się oszukać światu jakimiś świecidełkami iluzji. Wybierzcie prawdziwe Życie, które jak w górach – choć mozoli się z trudem krok po kroku na szczyty, czasem przez chmury i w deszczu – to doświadcza na szczytach takich widoków, jakich nigdy by nie zaznało nie schodząc z kanapy. Bo tylko tam – na szczytach – jest się bliżej Nieba.

Dodaj komentarz