Ach śpij (samo) Kochanie…

Osoby, które nie czytały części pierwszej, odsyłam do wpisu wcześniejszego pod tytułem “Nauka spania”.

Po jego lekturze wiemy już dlaczego dziecko w nocy się budzi, co to jest wspomagacz zasypiania i jak wybrać najlepszy moment na naukę spania. Co dalej?

Wybrawszy właściwy moment, dobrze jest porozmawiać o chęci przystąpienia do akcji ze współmałżonkiem lub inną osobą, która jest w domu podczas zasypiania dziecka. Wszyscy muszą być przygotowani psychicznie do tego momentu. Początki bywają trudne.

Naukę spania można zacząć od drzemki w ciągu dnia lub od wieczornego zasypiania. Ważne: od tej pory stosujemy nowe metody konsekwentnie przy obu typach zasypiania – dziennym i wieczornym. Oczywiście spanie dziecka na spacerze w wózku czy w samochodzie stanowi wyjątek.

Kiedy zbliża się czas spania, musimy mieć pewność, że dziecko jest śpiące. Stosujemy wszystkie rytuały poprzedzające moment położenia spać, tak aby dziecko wiedziało “o co chodzi”. Można nawet z tej okazji wprowadzić nowe – zasłanianie okna roletą czy czytanie książki. Dodatkowo dajemy także dziecku nową przytulankę i oznajmiamy: “od dzisiaj śpisz z misiem zamiast ze smoczkiem/cycusiem/tatusiem etc”.

Kiedy już wszystkie rytuały dobiegają końca, nadchodzi ten trudny moment, kiedy dziecko musimy po prostu zostawić samo w łóżeczku i wyjść z pokoju. Ważne jest, aby w domu w tym czasie było cicho lub, jeśli to niemożliwe,  należy zapewnić jednostajną muzykę tuszującą większe hałasy. My nastawialiśmy radio w pokoju dziecka, często na szumy między stacjami – ten jednostajny dźwięk pomagał dziecku zasnąć i zagłuszał hałasy pochodzące od starszego rodzeństwa.

Co robić, kiedy dziecko po zostawieniu w pokoju zaczyna płakać?

Dopóki jest to tylko małe marudzenie, rodzaj gadania do siebie – nie reagujemy. W ten sposób maluch może usypiać samego siebie. Kiedy jednak płacze w niebogłosy, trudno jest to całkowicie ignorować. Z jednej strony wiemy, że dziecku nie dzieje się obiektywna krzywda, z drugiej czujemy się jak wyrodni rodzice. Trzeba przyznać, że to jest najtrudniejszy moment całej metody i trzeba zacisnąć trochę emocjonalne zęby. Racjonalizujmy sobie, że dziecko nic nie boli a my robimy to wszystko dla jego dobra. Przede wszystkim więc: ZACHOWAJMY SPOKÓJ. W przeciwnym razie dziecko wyczuje nasz stres i będzie jeszcze gorzej.

Co do konkretów, wspomniana książka uczy następującej metody: kiedy dziecko płacze, wracamy na chwilę do niego po minucie- raczej nie bierzemy na ręce, tylko głaskamy i spokojnie powtarzamy coś z cyklu “idziemy spać, wszystko jest dobrze, przytul misia i kładź się na podusi”. Następnie powtarzamy tę czynność po 3, 5 i 10 minutach. W razie dalszej konieczności trzymamy się częstotliwości 10 minut. I tak aż do godziny. Jeżeli po tym czasie dziecko nadal płacze, zaczynamy wszystko od nowa. Bierzemy go, karmimy, przewijamy i powtarzamy procedurę. Ale uwaga! Nie zdażyło nam się to nigdy. Zawsze po godzinie dziecko już spało, choć trzeba przyznać, że ten pierwszy raz trwa zwykle długo. Z naszej praktyki wynika, że przy pierwszym zasypianiu dziecko płacze prawie godzinę, przy drugim ok 20 minut, przy trzecim i przy kolejnych zaledwie kilka minut lub wcale. Zwykle od tego trzeciego lub szybciej zaczyna przesypiać całe noce. Dlatego warto go i siebie ten jeden, dwa razy przemęczyć i powtarzać sobie, że żadna obiektywna krzywda się dziecku nie dzieje. Najważniejsze jest konsekwentne trzymanie się zaczętej nauki. Inaczej MIESZAMY DZIECKU W GŁOWIE. A to bardzo niewskazane!

Pozostaje jeszcze kwestia, co robić, kiedy w pierwszych nocach dziecko nadal się przebudza. Grunt to nie dać wspomagacza, bo to ponownie da dziecku sygnał “warto się budzić, dostaniesz co chcesz” i cała nauka na nic. Przy pobudkach w nocy stosujemy więc tą samą metodę – wchodzimy do pokoju po 1,3,5 i 10 minutach. Można też dziecku zaproponować wodę (ale nie mleko ani nic słodkiego!) do picia (i nie przez butelkę, jeśli ona była wspomagaczem, tylko z kubka/rurki).

Warto przed rozpoczęciem nauki poinformować sąsiadów o możliwości dłuższego płaczu przez kilka pierwszych dni/nocy. Powtarzam jednak, że u nas dłuższy płacz miał miejsce tylko w 2 pierwsze dni. A potem efekt cudowny.

Oczywiście zdarzają się regresy, kiedy dziecko na nowo zaczyna domagać się wspomagacza. Ma to miejsce najczęściej przy okazji chorób i innych zawirowań. Jeżeli z konieczności wrócimy do jakiegoś wspomagacza, całą nauką zacząć trzeba od nowa, dlatego róbmy to tylko w zupełnej ostateczności!

Kiedy już dziecko nauczy się samodzielnie zasypiać, zdarzają się sytuacje, w których idzie mu to gorzej – zamiast zasnąć grzecznie i bez najmniejszego stęknięcia, jak to ma miejsce na codzień, dziecko wrzeszczy w łóżeczku i doprowadza nas tym do szewskiej pasji (“Co jest?! Przecież już zasypiało ładnie, a teraz znowu robi problemy!”). Zwykle ma to związek z jakimś naszym błędem- np. położyliśmy dziecko za wcześnie lub coś wybiło go z rytuału (może w domu są goście?). Wtedy trzeba być wyrozumiałym i elastycznym. Lepiej jest nie wracać do wspomagacza, bo to jak strzelanie sobie samobója. Może wystarczy zabrać dziecko z łóżeczka i zacząć rytuał od nowa w lepszym momencie, a może czasem trzeba mu przypomnieć o co chodzi w zasypianiu i zastosować metodę 1-3-5-10 minut. Wiadomo jak to z dziećmi. Trudno o niezmienność, więc niezbędna jest wyrozumiałość.

Na koniec dodam, że metodę tą zastosowaliśmy z sukcesem już 4 razy. Całą czwórkę naszych dzieci nauczyliśmy spać po roczku i od tego czasu generalnie przesypiają całe noce,  a my nie spędzamy przy ich łóżkach nie wiadomo ile czasu, czekając na zaśnięcie jak na zmiłowanie. Dzieci są w spaniu samodzielne, my mamy więcej wolności. I wszyscy jesteśmy bardziej wyspani. Nie widzę też, żeby, ktoś miał z powodu tych dwóch przepłakanych kiedyś-tam-dawno-temu wieczorów jakąkolwiek traumę.

A co do uroków wspólnego wylegiwania się w łóżku- to nasz rodzinny rytuał na niedzielne poranki. Nie odbieramy więc dzieciom tej niezaprzeczalnej przyjemności. Jednak dajemy ją na naszych warunkach. 😉

 

Dodaj komentarz