Hej! Witajcie! To mój pierwszy wpis po szóstym porodzie. Tak mnie jakoś natchnęło, żeby opowiedzieć Wam i pokazać jakie nowości mamy przy szóstym dziecku 🙂 Któżby się spodziewał, że przy szóstym jeszcze coś może nowego być, a jednak! Po Piątym nie wiedzieliśmy, czy się jeszcze zdecydujemy na kolejny Skarb, a poza tym dom robił się ciasny, więc od razu wydawaliśmy wszystko, co już dla Piątego nie było potrzebne. Z tego też powodu, gdy byłam w ciąży z Szóstą, a znajomi zapytali czy coś potrzebujemy, bo z kolei oni mieli parę rzeczy na wydaniu, z chęcią przejrzałam co też to takiego. W ten sposób po raz pierwszy w naszym salonie zawitało “łóżeczko-jajo”, czyli taka mała, owalna wersja łóżeczka niemowlęcego – żeby Malutka w ciągu dnia mogła być z nami w salonie, czyli tam gdzie spędzamy najwięcej czasu. Z kolei sypialnię zaopatrzyłam w dostawkę z olx, która zajmuje mało miejsca. Jest to istotne, bo musieliśmy też w naszej malej sypialni pomieścić biuro – wcześniejsze biuro przerobiliśmy na pokoik Piątego (wspominałam już, że zrobiło się ciaśniej 😉 ). Dobra, dosyć gadania, czas też trochę pokazać i wtedy opowiem dalej. A więc…:

Oto nasze sypialnio-biuro (raczej biureczko ;). No cóż… nie miałam czasu posprzątać do zdjęcia, więc zdjęcie nie jest jak z katalogu, ale Niebieska Ławeczka to nie katalog, więc mi wybaczcie 😉
Jak widzicie, wróciliśmy właśnie ze spacerku w nosidełku (które leży na zdjęciu na pierwszym planie), po którym Mała spała jeszcze trochę, a ja mogłam szybko zrobić te parę zdjeć ;))
…to może jeszcze zdjęcie ze spacerku? Co Wy na to?


Pogoda wreszcie wiosenna, więc wyciągnęłam naszego Dwulatka na spacerek, a że Malutka dopiero co się obudziła po drzemce, nie chciała leżeć w wózku, więc nosidełka się przydały. A skoro one, to i plecaczek, żeby było gdzie schować telefon i klucze do domu, bo nosidełko zablokowało dostęp do kieszeni w kurtce. Dobra, mniejsza z tym. Było trochę wiatru, więc przydał się też szeroki ciepły szal, żeby dodatkowo opatulić siebie i Małą za jednym, dosłownie, zamachem 😉
W tym miejscu może pora wspomnieć o różnicy między chustą a nosidłem. Nasza Mała ma już ponad 6 kg, więc może już używać tego nosidła, które, tak jak słynna Tula, jest “ergonomiczne” dla mamy i dziecka, dziecko ma szeroko rozstawione nóżki, dla mnie jest bardzo wygodne, a kosztowało niewiele – nie jest markowe, było kupione na allegro przy naszej Czwartej. Zapina się szybko – szybciej niż wiązanie chusty. Natomiast chustę (a jakże, z olx ;)) wykorzystywałam, gdy musiałam coś zrobić w domu i potrzebowałam dwóch rąk, a dziecko było jeszcze za małe na nosidła. Tak to wygląda u mnie. Teraz raczej będę już wykorzystywać tylko nosidła, bo jest szybciej w zakładaniu, ale atutem chusty (oprócz możliwości wcześniejszego użycia) jest to, że można lepiej zabezpieczyć główkę i jeszcze bardziej mieć wolne dwie ręce (bo w moim nosidle, jednak główkę trzeba trochę asekurować, jeśli człowiek robi wygibasy np. przy wkładaniu naczyń do zmywarki). A uwierzcie mi, jeśli dziecko w pierwszych miesiącach dużo płacze i chce być ciągle na rękach, a ty musisz jednak tą zmywarkę włożyć, chusta może się przydać. 😉 [hm… nasza Czwarta ostatnio uświadomiła mi, że w nosidle tez jest sposób na zabezpieczenie główki, więc w sumie ten aspekt plusów chusty odpadł]
No dobrze. A więc wróćmy do naszej sypialni… Bardzo jestem zadowolona z tego, jak urządziliśmy przy Szóstej kącik do przewijania:

W tej sosnowej szafce, choć starej, bardzo jednakże praktycznej, bo z szufladami, trzymam wszystkie ubranka, kocyki, pieluchy tetrowe, wspomniane nosidło, rogal do karmienia, witaminę d, kremy do pupy czy sól fizjologiczną do noska (przydaje się zwłaszcza podczas katarków – kładziemy wtedy dziecko na płasko i wlewamy do dziurek w nosie po ćwierć lub nawet po pół ampułki soli fizjologicznej na jedną dziurkę, żeby przepłukiwać nosek – nie bójcie się- płyn spłynie dziecku do gardła i albo zostanie odkrztuszony, albo połknięty; plus wystawiamy dziecko jak najwięcej na dwór- na każde spanie na świeże zimne powietrze, a w domu utrzymujemy rześką chłodną temperaturę – wietrzymy lub zostawiamy rozszczelnione okna. Wtedy duża szansa, że katarek przejdzie sam beż żadnych medykamentów. No wlasnie, a propos apteczki – warto w niej mieć, oprócz wspomnianych ampułek soli fizjologicznej, także środki dla niemowląt na gorączkę – najlepiej w syropie i w czopkach – te drugie dzialają szybciej i nie zostaną zwymiotowane; z substancją czynną paracetamolem i ibuprofenem – bo wtedy, przy wyjątkowo uporczywych gorączkach, można ten drugi podać nawet po godzinie, ale to oczywiście jeśli dziecko jest już większe- nam sie taka okropna uporczywa gorączka trafiła przy Pierwszym, gdy miał 9 miesięcy. Przy młodszym bym pewnie od razu jechała do lekarza, przy starszych oczywiście też trzeba trzymać rękę na pulsie, ale jeśli widzisz, że po zbiciu gorączki ma świetny humor i nie ma innych objawów, to moze byc to znak, ze to typowy goraczkowy wirus). Natomiast ważnym akcesorium i medykamentem w apteczce jest nebulizator i steryd wziewny na wypadek zapaleń krtani. Ale to pewnie najpierw musicie przeżyć po raz pierwszy, jak my z naszym Trzecim, kiedy mial półtora roku i popedzilismy z nim do szpitala, bo nie wiedzielismy co się dzieje. Tam dostał zastrzyk z adrenaliną i przestał harczeć przy oddychaniu, a my dowiedzielismy się ze to zapalenie krtani i co mamy robić w przyszłości w takich sytuacjach. A zdarzyly sie potem nieraz. Ale juz zawsze nebulizator (ostatnio dostałam nawet taki przenośny od przyjaciół, ładowany ładowarką) i steryd mialam w domu.
O rety, rety. Ale się zapędziłam. Od szafki, w której komplet potrzebnych w codziennosci rzeczy mam zawsze pod ręką, do apteczki.
Okey. Wracamy do tematu głównego i dalszego omawiania kącika do przewijania. Przewijak przymontował Tatuś kątownikami od strony pleców szafki, więc jest stabilnie. Wysokość szafki jest idealnie taka, aby było wygodnie przewijać, przebierać i pielęgnować dziecinę. A zaraz obok, na parapecie jest wszystko, co jeszcze potrzebne: jeden koszyk wiklinowy z pampersami (u nas od dawna na topie Dady z Biedry lub Lupilu z Lidla – w zależności gdzie akurat bylo po drodze na zakupy; nie przywiązujemy sie zbytnio do marki pampersów, ale te wymienione powyżej sprawdzają się nam super), drugi – większy – koszyk na brudne ubranka (no bo prane osobno w dziecięcym proszku [u nas – Lovela], więc nie wrzucam ich do wspólnego kosza na pranie; przy okazji – jak długo pierzecie w ten sposób? Ja przy każdym kolejnym piorę wspólnie w normalnym proszku coraz szybciej, ciekawe jak będzie tym razem… w każdym razie przed roczkiem już mamy wspólne prania i normalny proszek) oraz kosz na śmieci – głównie na zużyte pampersy. Obok, też na parapecie, oczywiście miejsce na mokre chusteczki (polecam te zupełnie bezzapachowe, “aqua” – super nowość, przy wcześniejszych dzieciach nie widziałam takich w sklepie; nareszcie nie muszę dodatkowo truć ich skóry tymi sztucznymi zapachami). Na przewijaku zawsze leży pieluszka tetrowa lub materiałowa, żeby w razie nagłej fontanny przy przebieraniu było czym łapać niespodziankę. A przy okazji dziecku jest cieplej niż na zimnej gumie. Z kolei prześcieradła z gumką na przewijak mi się nie sprawdziły, bo musiałabym ich mieć tyle co tych zwykłych materiałowych właśnie – to się może często brudzić…
Zwróćcie uwagę na jeden jeszcze szczegół na zdjęciu (to zadanie dla bardzo wnikliwych “analizatorów” zdjęć ;)) – zegar elektroniczny, który ZAWSZE świeci :))) Spełnienie mojego mikro marzenia wreszcie – przy Szóstym – nastąpiło. Teraz zawsze jak budzę się na karmienie, to widzę od razu która godzina. Przy okazji taki zegar daje mi lekką poświatę, więc w ciemności nocy oświetla mi delikatnie Dziecinę, aby łatwiej było trafić do piersi ;)) Zegar ten jest na stałe podpięty do prądu, więc jeśli o takim myślicie (polecam! Na allegro znajdziecie ;)), to pomyślcie również o dostępie do gniazdka.
Okey, lecimy dalej. Teraz druga strona sypialni i wspomniana dostawka:

Trzeba ją oczywiście ustawić tak, aby materacyk dziecka był na równi z naszym, a po drodze nie było żadnych przeszkód w postaci ścian dostawki (w późniejszym etapie pewnie będą potrzebne, ale teraz, gdy Mała jeszcze się w żaden sposób nie przemieszcza, jest bezpiecznie). Chodzi o to, aby karmienia nocne były jak najłagodniejsze i nie zakłócały snu mamy. Ja karmię w nocy tylko na leżąco, a że akurat karmię tylko lewą piersią (taka fizjologia, albo inaczej – taka moja “uroda”, że prawa pierś nie współpracuje; ale nie martwcie się – wykarmiłam w ten sposób w 100% naturalnie już 5 dzieci, a szóste in progress, więc się da!), to mam mega ułatwienie – “przeturlowywuję” Małą do mnie, a po karmieniu “odturlowywuję” ją spowrotem. Przy okazji ma nocne ćwiczenia przekręcania się z brzuszka na plecki itp ;)) A tak, właśnie – nasze dzieci, od Trzeciego począwszy, śpią w nocy tylko na brzuszku. Plecka? No way! Nie ma innej opcji niż brzuszek. A zaczęło się wszystko właśnie gdy Trzeci miał tydzień i zachłysnął się tak, że wzywaliśmy karetkę. Leżał wtedy na plecach lub boku (nie ma to większego znaczenia, bo gdy dziecko leży na boku, tez może przekręcić głowę “do góry”, czyli wychodzi na to samo – usta i nos są w górze. A czy widział ktoś kiedyś aby wymiotować mając głowę na wznak? No nie. Gdy wymiotujemy, zawsze mamy głowę skierowaną w dół, dlatego uważam, że to jedyna bezpieczna pozycja. A że od razu odzywa się chór zwolenników teorii, że na brzuszku dziecko może przestać oddychać, kupiliśmy monitor oddechu. O tutaj, pokażę Wam, gdzie się go włącza i wyłącza (wyłącza się oczywiście np. na czas karmienia, bo wtedy zacznie alarmować, że nie wyczuwa Malucha; uwierzcie mi, można się przyzwyczaić do tego wyłączania bardzo szybko, ja już robię to odruchowo – kiedy dziecko zaczyna się budzić, wyłączam monitor i dopiero wtedy biorę dziecko).:

Monitor dla odmiany nie potrzebuje zasilania, jest na baterie. A właściwe urządzenie, czyli takie plastikowe “płytki” wsadza się pod materacyk i są one połączone kablami z tym włącznikiem. Monitor oddechu też kupiliśmy wtedy, te 11 lat temu, używany na olx, więc da się to wszystko po taniemu ogarnąć. W każdym razie, jak widzicie, dobrze ustawić sobie przy łóżku coś, na czym będzie stał włącznik monitora oddechu, a także bidon z wodą, żeby karmiąc piersią kilkakrotnie w ciągu nocy, można było uzupełnić płyny;)
Zwróćcie jeszcze uwagę na poprzednie zdjęcie – zawsze nad łóżeczkiem zawieszamy jakąś ozdobę (wiadomo, słodkie to takie i pełno jest takich produktów na rynku; my akurat tym razem dostaliśmy taką uroczą lampkę z imieniem) oraz obraz patrona lub cytat z nim związany. Tak jest i tym razem. Termin porodu nasza Szósta miała na MB z Guadelupe, dlatego ten obraz dostała na Chrzest od swoich chrzestnych, a ja w ciąży nosiłam na piersi (choć sięgał aż do ciążowego brzuszka) Jej wizerunek w krzyżyku na sznurku (bo nie ukrywam, że duchowo bardzo mi Ona towarzyszyła i pomagała w tej ciąży) – teraz wisi pod lampką, a w przyszłości schowam go do skrzyni na pamiątki z pierwszego roku życia i okresu ciąży – każde nasze dziecko ma takie pudło (trzymamy je na strychu i zamierzamy podarować im na ich 18-stki. Są w tych pudłach m.in. gazety z dnia narodzin oraz wiele drobnych pamiątek jak opaska ze szpitala czy kartki z życzeniami). Pod ikoną Maryi wisi z kolei cytat ze św. Jana od krzyża, bo w jego święto ostatecznie Amelka Maria przyszła na świat (jak może się domyślacie, drugie imię nasze dzieci dostają po wybranym dla nich Patronie).
Wracając jeszcze do wspomnianego zachłyśnięcia naszego Trzeciego: to co prawdopodobnie uratowało mu życie, to odciągacz do kataru. Okazało się mianowicie, że noworodki nie umieją oddychać przez usta, a nasz Trzeci miał tendencję do ulewania (jak wywnioskowałam dopiero przy kolejnych dzieciach – przez zbyt krótkie wędzidełko, co wiązało się z upośledzonym połykaniem… dlatego krótkie wędzidełka zawsze warto podciąć zaraz po urodzeniu. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, a w szpitalu nie zwracali jeszcze na to uwagi. Teraz na szczęście już zwracają, przynajmniej w tym gdzie ja rodziłam… “Na szczęście” – bo to może być sprawa życia i śmierci. Prawdopodobnie przez zbyt krótkie wędzidełko, nasz Trzeci połykał duże ilości powietrza i pewnie przez to miał tendencje do wielkich chlustów – ulewał niespodziewanie całe fontanny i to było bardzo niebezpieczne. Pamiętnego wieczoru, ulał tak bardzo, że zatkał sobie mlekiem cały nos i nie oddychał w ogóle. Wezwaliśmy karetkę (Bogu dzięki, że w ogóle usłyszałam, że coś złego się dzieje, bo krzyknął dziwnie, a ja byłam blisko, więc dotarło to do moich uszu), ale ona jechała do nas 20 minut. Kiedy już zaczął tracić przytomność, a my wołaliśmy w przerażeniu “Boże ratuj!”, zauważyłam, że ma niedrożny nos i wpadłam na to, żeby odciągnać mu zalegające tam mleko odciągaczem do kataru. To prawdopodobnie uratowało mu życie. Odtąd nasze maluszki śpią tylko na brzuszku. W tej pozycji nawet przy dużych chlustach nic mu, ani kolejnym naszym dzieciom, się nie działo.
Dobra, idziemy do salonu:

Wita Was tutaj nasz pies Amor 🙂
A oto niezbędne sprzęty
- wspomniane łóżeczko-jajo. Wkrótce będziemy musieli już wymienić je na większe, ale pamiętajcie – grunt to ściany ze szczebelków, a nie z jednolitej płyty – bo wtedy dziecko będzie Was zawsze widziało, jak już zacznie widzieć ;)). Niezastąpione są też kółka, aby móc nim dowolnie przemieszczać się tam, gdzie akurat jesteś – aby dziecko widziało Cię, kiedy tego potrzebuje. Karuzelka to absolutnie niezbędny gadżet od wieku około półtorej miesiąca – wcześniej dziecko i tak nie widzi. Polecam taką na baterię, z dobrymi melodiami, a nie kiczem. U nas leci w kółko Beethoven, Bach i Mozart. Przy starszych dzieciach mieliśmy inną (zagubiła się po Piątym, więc Szósta ma “nową” – z olx oczywiście, haha), oni mieli też Chopina i Debussy’ego ;0)) Obie karuzelki w jaskrawych kolorach, ze zwierzętami z duzymi oczami, uśmiechającymi się do dziecka, wiec nieraz sie zdarzyło, że Dzieciak im ten uśmiech odwzajemnia, serio :))). A firma obu tych karuzelek to Fisher Price, więc te mam sprawdzone – polecam. W łóżeczku oczywiście grzechotki (wybierajcie takie, co porządnie- ładnie i głośno grzechoczą, bo o dźwięk najbardziej chodzi w grzechotce, a nie o wygląd- dobre grzechotanie dobrze uspokaja ;)) i szeleszcząca książeczka kontrastowa, dyżurny kocyk i tetra, co by położyć na obślinione prześcieradełko, bo… w ciągu dnia też polecam kładzenie Malucha na brzuszku. U nas sprawdzają się cykle: spanie – karmienie – aktywność na brzuszku (od niedawna Mała ssie piąstkę i bardzo ją to uspokaja, a nam daje wielkie ułatwienie) – leżenie na pleckach z obserwacją karuzelki – noszenie troszkę na rękach – spanie (Usypiam albo przy piersi i wtedy odkładam do dostawki w sypialni, albo na spacerze w wózku lub nosidle, albo w aucie, jesli akurat gdzieś jedziemy. Czasami, jeśli chcę sama się zdrzemnąć, karmię ją w dzień na leżąco kiedy jest już jej czas spania i wtedy zasypiamy razem. Zdarza się też, że zasypia sama, leżąc na brzuszku – jest to prawdziwa gratka dla nas, bo żadne nasze dziecko tak nie umiało. A czasami używamy do uspania sprzętu, o ktorym za chwilę…). I tak w kółko. A, no i oczywiście zmiana pampersa w każdym “cyklu” gdzieś tam po drodze. A jeśli chodzi o rytuał wieczorny, to fajnie jak przy usypianiu na noc dziecko nie zaśnie przy piersi i odkładane jest jeszcze na jawie, a potem uda mu się zasnąć samemu, bo uczy sie wtedy zasypiania bez wspomagaczy – o tym w starym bardzo wpisie o nauce przesypiania calej nocy). Naszej Małej się to czasami udaje, ale nie zawsze, nie musztrujcie się tym, że Wasze dziecko też tak musi. Wracając do naszych cykli dziennych – tak jest teraz. W pierwszych tygodniach nie było żadnych wielkich cykli, tylko płynęło się z prądem (czyli głównie wisiało się na cycu), a z kolei np. przy Piątym usypianie polegało na jeżdzeniu wózkiem przez listwy podłogowe, bo zwyczajnie było nieskutecznie, a inaczej nie zasypiał. Drugiej z kolei musieliśmy robić wózkiem tsunami, żeby spała… lub trząchać rękami jak przy chorobie Parkinsona… haha… Co dziecko to nowe ciekawostki, ale możliwe że z Szóstą, jak z wisienką na torcie, dostaliśmy w pakiecie ułatwienie – jest taka spokojna… Zasypia przy piersi i można ją odłożyć, i śpi… dalej (szooook!). Ale, uwaga! Tak nie było od razu! Powtarzam – pierwsze tygodnie były trudne, a Mała była nieodkładalna. Pamiętajcie – początki mogą być trudne, a potem powinno być już z górki. 🙂 Więc nie dołujcie się niepotrzebnie 🙂 bo może będzie łatwiej już za parę tygodni. A może trafi się Wam taki jak nasz Trzeci. Nad jego łóżeczkiem staliśmy, pytając “On żyje?”. Bo on leżał i… I nic więcej. Po prostu leżał;)) A my się dziwiliśmy, że takie dzieci też istnieją. :))
Dobra, się rozgadałam. A kontynuując sprzęty z salonu, lecimy dalej:
- fotel do karmienia z wygodną poduszką lub – przy noworodku – rogalem do karmienia, a może – jak na zdjęciu – z… psem 😉 żarcik. Ale tak, nasz Amor spiera się ze mną o ten fotel. 😉
- i uwaga – hit tego wpisu to nowość, której zakup dopiął mój Mąż teraz – przy Szóstej, chociaż marzyliśmy o czymś takim już przy poprzednich dzieciach – maszyna do bujania (inaczej kołyska elektryczna, bujaczek elektryczny), na zdjęciu pierwsza z lewej. Nie jest to może idealne rozwiązanie dla kręgosłupa i rozwoju ruchowego dziecka, ale jednak wyręcza nas w bujaniu i wożeniu, na czym spędzaliśmy codziennie chyba parę godzin, więc ratuje naszą psychikę 😉 (a co do kręgoslupa dziecka, po prostu wystarczy nie nadużywać i już). Do tego ma opcję dźwięku morza, świerszczy, szumu auta itp. oraz różne sposoby i szybkości bujania. Można więc trochę naszego Malucha “okabacić” czyli oszukać ;))) A kupione, no wiadomo – na olx, za śmieszne pieniądze, bo pani “chciała się pozbyć”. Warto więc szukać okazji 🙂 [olx nie jest sponsorem tego wpisu, a szkoda];))) W każdym razie po zakupie tego cacka używaliśmy go dość często, ale mam wrażenie, że szybko jakaś potrzeba bujania Małej została zaspokojona lub po prostu dojrzała na tyle, że już tak tego bujania nie potrzebuje (w końcu ma już 2,5 miesiąca). Podsumowując, te parę krytycznych tygodni maszyna pomogła bardzo. A teraz korzystamy z niej może 1 – 2 razy na dobę.
Nie zrobiłam zdjęć łazience, ale w łazience, oprócz oczywistej wanienki dla Malucha ze stojakiem, polecam Wam bardzo mieć drugi przewijak gdzieś sprytnie umiejscowiony – np. na pralce lub na szafce, podobnie jak w sypialni. I drugi zestaw pampersów i mokrych chusteczek. W każdym razie przewijak w łazience przydaje się bardzo! My nie kąpiemy codziennie Małej, ale codziennie myję jej pupę mydłem na przewijaku łazienkowym i spłukuję ją pod bieżącą wodą nad umywalką, a potem kładę spowrotem na ręcznik i na tym przewijaku osuszam i ubieram na nowo. Przydaje się zwłaszcza, kiedy pojawi się jakieś odparzenie – wtedy warto tak myć parę razy dziennie i stosować krem oczywiście (z naszego doświadczenia – Sudocrem, a jak juz jest mocno źle, to najlepszy jest Tormentile Baby). Dla jasności- jak nie ma odparzeń- nie stosuję kremu w ogóle. Ale mycie mydłem (u nas – szarym lub Bambino) i spłukiwanie pod bieżącą wodą to podstawa. Przewijak w łazience bardzo to ułatwia. Również po kąpieli jest na czym położyć ręcznik i dziecko. A propos kąpieli. Też zawsze przed kąpielą najpierw namydlam pupę mydłem na przewijaku, bo jeśli myjemy pupę już w samej wanience, to nie będzie skuteczne – w końcu pupa jest wtedy pod wodą i mydło może się zmyc z ręki zanim do niej dotrze 😉 A wtedy o odparzenia łatwiej bo nie ma porządnego mycia. Co do środków do kąpieli – nie używam żadnych, oprócz wspomnianego mydła. Z doświadczenia wiem, że te różne płyny do kąpieli nie są potrzebne i wysuszają skórę. A właśnie, a propos skóry, WSZYSTKIE nasze dzieci miały w pierwszym/drugim miesiącu życia dwa “problemy” skórne. Cała szóstka dokładnie tak samo. A wzięłam słowo “problemy” w cudzysłów, bo są to naturalne reakcje na “nowy świat”. Nie trzeba nic z nimi robić i przechodzą same. Nie dajcie się nabrać na to, że trzeba stosować jakieś medykamenty w maściach czy płynach. Mianowicie:
– wysypka na całym ciele (przy Piątym lekarz określił ją jako trądzik niemowlęcy, wcześniej lekarze nazywali to potówkami, a przy Pierwszym kazali mi nic prawie nie jeść “bo to pewnie reakcja alergiczna na moje mleko”… no comments).
– łuszcząca się skóra – schodzi z całego ciała
Jedno i drugie za każdym razie mijało samo i od wieku ok. półtora/dwóch miesięcy dziecko miało na całym ciele skórę jak przysłowiowa pupa niemowlaka. 😉
Kończąc nasz wpis, wrzucam zdjęcie sprzętu oczywistego – w tle – kto tam coś wypatrzy na drugim planie?

Tak – wózek z gondolą – musi mieć swoje miejsce w domu, więc i w naszym ciasnym takowe znalazł, aby po powrocie ze spacerów (kiedy nie bierzesz dziecka w nosidle, bo chcesz jednak mieć więcej swobody i np. miejsce na zakupy pod wózkiem), mieć gdzie ten wózek zostawić. Wózki polecam takie, które są kompatybilne z fotelikiem samochodowym. To się sprawdza rewelacyjnie! Bo na krótkie momenty, kiedy np. jedziesz na zakupy lub na kawę, możesz fotelik wpiąć wprost w podwozie. To wiele ułatwia. A jeśli planujecie dzieci jedno po drugim, w małym odstępie wiekowym (poniżej 2 lat), to polecam bardzo wózek dla bliźniaków. Nasz Trzeci urodził się, kiedy Pierwszy miał nieco ponad 3 lata, a Druga miała półtorej roku. Nie wyobrażam sobie chodzenia na spacer sama bez podwójnego wózka w tamtym czasie. Kupiliśmy (i nie napiszę nic nowego… – na olx ;)) taką podwójną spacerówkę, gdzie siedziska są jeden za drugim, nie koło siebie, i gdzie jedno z siedzisk dało sie położyć na płasko. Na nogach musiał więc iść tylko 3-latek. Półtoraroczna siedziała w jednym siedzisku, a Nowonarodzony leżał w drugim, położonym na płasko i do tego w takiej specjalnej wkładce- “torbie” na dziecko. Samą tą wkładkę można było potem brać ze śpiącym dzieckiem do domu, a właściwy wózek można było zostawić przed domem lub, jeśli ktoś mieszkałby w bloku – np.na parterze klatki schodowej.
Wracając do zdjęcia – na pierwszym planie jest huśtawka naszego Dwulatka (jeny, już bardziej Trzylatka!) – to taka zajawka na przyszłość. Bo każdy Maluszek rośnie… Ach te nasze Maluszki, tak szybko mija z nimi czas i stają się większe i większe. A czas bycia z noworodkiem czy niemowlakiem, to jak obcowanie z Cudem. Obcujemy z absolutną Świętością. Taka łaska jest nam dana.
Pozdrawiam wszystkie inne Mamy, które obcują z innymi Cudami, albo te, które na nie czekają. Świętujmy Cud! A sprzęty i inne gadżety niech nam to świętowanie ułatwią i uprzyjemnią 🙂
Buziaki!
Julia
