Czternaście dni z bajki, czyli z namiotem w Europę. Cz. 3: Genua, Werona, Wenecja, Alpy Julijskie

Części poprzednie tego wpisu znajdują się tutaj:

Część 1

Część 2

Dzień 11, czyli czas ruszyć na wschód

Jedenastego dnia naszej podróży opuściliśmy Ligurię… Nie ukrywam, że było to okupione moimi łzami… Serio popłakałam się, co potwierdza tylko, jak bardzo region ten zdobył moje serce – skaliste wybrzeża, lazurowe morze, ciekawe budownictwo, przepiękna roślinność śródziemnomorska, urok gór, wsi, małych miasteczek wciśniętych między kliny górskie a morze, piękno wybrzeża… Koniec jednak z sentymentami, bo przed nami rysował się ciekawy dzień – upragnione przez nasze dzieci Akwarium w Genui – jedno z największych w Europie oraz – jakże mogło by jej zabraknąć na trasie Julii i Jasia-Romea – Werona. A wszystko w drodze do mojej ukochanej Wenecji.

W Genui uderzył nas utrzymujący się tutaj, jak w całej Ligurii, krajobraz górzysto-tropikalny (góry, morze, palmy; ostre zjazdy z autostrady do miasta), a także okazy promów, które zobaczyliśmy w mijanym porcie. Jeden z promów  wyglądał jak ogromny biurowiec, w dodatku z totalnym aquaparkiem na “dachu”. Kolos. Również Akwarium nie zawiodło naszych oczekiwań. Nasz Trzeci – pasjonat delfinów – trochę tylko był rozczarowany, że żadne z tych zwierząt nie zatrzymało się przy szybie i nie wdało się z nim w jakąś przyjacielską pogawędkę, bo tego chyba oczekiwał 😉 Poza tym wrażenie było dla nas wszystkich fenomenalne i polecamy tą atrakcję wszystkim, którzy będą w pobliżu, a lubią świat morskiej fauny.

Do Werony dotarliśmy na późny obiad i “zaliczyliśmy” lody, balkon i mieszkanie Julii (ja weszłam na balkon, a Romeo czekał na dole 😉 ) oraz rzuciliśmy okiem na koloseum, wokół którego zbierały się już tłumy w strefach kibica – Włosi przeszli do finału Euro, sami więc spieszyliśmy się, aby na kemping pod Wenecją dotrzeć przed meczem. A było warto – Włosi ostatecznie wygrali, a dla nas było to wesołe przeżycie – bycie świadkami zwycięstwa Włochów w ich ojczystej ziemi 😉 Do późnych godzin Lokalski świętowali – i na kempingu i w całej okolicy, co świetnie było słychać i widać, a ich radość udzieliła się i nam. 🙂

Dzień 12. Wenecja

Wenecja. Nic dodać, nic ująć. To moje najbardziej ukochane miasto na świecie. Cieszyłam się, że mogę je pokazać naszym dzieciom. Ja już w Wenecji byłam wcześniej kilka razy. Ale tym razem spełniło się życzenie, które mój Mąż złożył mi z okazji urodzin dawno temu, jeszcze jako mój chłopak – popłynęliśmy gondolą…

Z kempingu do Wenecji dotarliśmy zwykłym autobusem podmiejskim (stacja docelowa koło dworca kolejowego Venezia Santa Lucia) – opcja ciekawa, bo można poznać kawałek z życia Wenecjan, poza tym tańsza niż vaporetto. Zwiedzialiśmy więc Wenecję “od tyłu” i mogliśmy zapuścić się w gąszcz mało znanych i mało zatłoczonych uliczek. Z resztą jak na Wenecję, wszędzie było pusto, co pomogło nam wynegocjować dobrą cenę na rejs gondolą dla trzech rodzin – promocję na 3 gondole w dobie pandemicznej posuchy turystycznej dość łatwo udało się uzyskać. Może nawet za łatwo, bo wyraźnie efektami negocjacji wywołaliśmy mały skandal w cechu gondolierów, co wywnioskowaliśmy z ich emocjonalnych rozmów telefonicznych między sobą.

Dzień 13, czyli Alpy Julijskie na zacne zakończenie

Po Wenecji mieliśmy pierwotnie w planach jeszcze 2 dni w Dolomitach, ale z dwóch powodów zmieniliśmy kurs na Alpy Julijskie. Po pierwsze Jasiu nie miał już najmniejszej ochoty na ponowne składanie i rozkładanie obozowiska, po drugie prognozy pogody były zniechęcające, więc i tak nie dalibyśmy rady dotrzeć w wymarzony rejon Tre Cime. Zostawiliśmy więc te niezwykle malownicze masywy oraz Lago di Braies (drugi punkt, który miał być w programie Dolomitów) na inną okazję. Pod Wenecją przenocowaliśmy o jedną noc dłużej i z rana 13-tego dnia naszej podróży ruszyliśmy w stronę Monte Lussari i Laghi di Fusine. Miejsca te zlokalizowane są znacznie bliżej drogi do Polski, spokojnie są do zrobienia w jeden dzień, bo na Monte Lussari wyjeżdża się kolejką, a i pogoda miała być tam dłużej lepsza, bo front szedł od zachodu. Alpy Julijskie znajdują się na pograniczu Włoch, Austrii i Słowenii. Tego właśnie pogranicza jest z resztą patronką Maryja z tamtejszego sanktuarium. Nasza podróż została więc skrócona o jeden dzień, ale doprawdy był to godny zamiennik Dolomitów. Zobaczcie sami:

Przed wyruszeniem w drogę powrotną do Polski zjedliśmy jeszcze obiad przy Lago di Fusine, podgrzany na naszej kuchence turystycznej, zjedzony na naszym stoliku i krzesłach turystycznych, na których jedliśmy posiłki przez wcześniejsze 2 tygodnie. To kochamy w kempingowym stylu podróżowania – niezależność i wolność, przejawiające się m.in. w posiłkach na łonie spektakularnej natury. 😉

Dzień 14, czyli szczęśliwie wracamy do Polski

Z Lago di Fusine do moich Rodziców, którzy mieszkają na południu Polski, mieliśmy ok. 750 km. Dotarliśmy więc do nich zaledwie dwie godziny po północy, czternastego dnia naszej podróży. Dotarliśmy cali i zdrowi, nasyceni przygodą i pięknem świata, usatysfakcjonowani realizacją naszych marzeń. Polecamy namiotowe zwiedzanie świata. Choć z pewnością ma ono swoje minusy – przede wszystkim męczące są zmiany kempingów,a różnego rodzaju trudności stają się rodzajem ascezy ;), to jednak niektóre właściwości skłaniają do wyboru właśnie takiej opcji – przede wszystkim ekonomiczne, a w dalszej kolejności, co już jest wspólne także podróżowaniu z przyczepą czy kamperem – niezależność i wolność, o których już wspominałam, bliskość natury, bliskość siebie nawzajem (integracja członków rodziny), duch survivalowy i duch przygody. A po powrocie do domu jawi się on jak pałac ze szczytami luksusu – łóżko, prysznic, normalna kuchnia czy własna toaleta, a nawet zwyczajna szafa z ubraniami i pralka, w której można je wyprać. To wszystko człowiek docenia na nowo. W podróży dziękuje więc Stwórcy za piękno świata, które staje się bardziej przystępne na każdą kieszeń, a po powrocie dziękuje, że wrócił i że mieszka tak bogato – jakkolwiek by to nie zabrzmiało, po dwóch tygodniach spędzonych w namiocie i aucie, własne cztery ściany to naprawdę na nowo powód do modlitwy dziękczynnej! 🙂

Dziękujemy Bogu za ten super “cukierek” takiej wyprawy w Europę i cieszymy się, że mogliśmy Wam o niej opowiedzieć. Może kiedyś pójdziecie w nasze ślady, a może już macie za sobą tego typu eskapady? Podzielcie się w komentarzach, może nas zainspirujecie na kolejne nasze podróże!

Dodaj komentarz