Czternaście dni z bajki, czyli z namiotem w Europę. Cz.1

Opowiem Wam bajkę… Nie! To nie bajka! To wydarzyło się naprawdę, choć po ponad roku pandemicznego zamknięcia, jest do bajki podobne. Nie tylko przez to, że wreszcie wypuścili nas z klatek i znów świat stanął dla nas otworem, ale również dlatego, że mogliśmy naocznie widzieć i osobiście doświadczyć tych niesamowitych miejsc, rodem z Raju.

Skąd ten pomysł?

Jest styczeń 2021 roku. Lock-downy miotają raz po raz naszą codziennością. Nie przeszkadza to jednak marzeniom. Z ust naszych przyjaciół – rodziny z trójką dzieci – pada propozycja o wspólnych wakacjach na południu Europy. Wierzymy, że w lato wirus ucichnie i pozwoli nam ruszyć przed siebie. Po chwili dream-team powiększa się o drugą zaprzyjaźnioną rodzinę. Piętnaście osób, w tym dziewiątka dzieci w wieku 3 do 10 lat. Palcem po googlemapie i oczami wyobraźni tworzymy nasz plan podróży.

Przygotowania bliższe i dalsze

Przez podróżnicze marzenia miesiące zimowej pluchy i szarzyzny przedwiośnia mijają nam milej niż zwykle, mimo kolejnych pandemicznych obostrzeń nie tracimy ducha. Raz po raz ktoś z naszej ekipy miewa chwile zwątpienia, ale Mr J., nasz wycieczkowy szef, nie traci wiary w powodzenie otwarcia granic. Każdy z członków załogi dorzuca swoje pięć groszy do listy wymarzonych must-see i w ten sposób powstaje plan naszej podróży. Szukamy odpowiednich miejsc noclegowych, zasięgamy informacji co do winiet, autostrad, opłat, parkingów, ubezpieczeń. Nasze samochody trafiają na przeglądy i wymiany czego tylko się da. Wszak mają przedrzeć się przełęczą przez Alpy, pokonać cztery tysiące kilometrów i znieść południowe upały. Kompletujemy nasz ekwipunek, porównujemy “listy rzeczy do spakowania”, załatwiamy dodatkowe walizki. Wszystko to między dziesiątkami obowiązków codzienności drugiego semestru roku szkolnego.

Wyruszamy

Wreszcie nadchodzi oczekiwany dzień 30 czerwca 2021 roku. Godzina 15. Wyjeżdżamy jako pierwsi. Druga rodzina będzie za nami podążać tej samej nocy, trzecia wyjeżdża dopiero następnego dnia. Spotkamy się z nią w Legolandzie. Ale póki co mamy do przejechania 1100 kilometrów. Z Bydgoszczy wprost do Bawarii, przez całą noc, z dwugodzinnym postojem pod Berlinem, u naszych znajomych. W środku nocy zmieniam Jasia 2 razy po godzinie. Strugi ulewnego desczczu nie pozwalają mi odciążyć go więcej – wymiękam, nie lubię jeździć w deszczu w nocy. Większość drogi prowadzi więc on, jednak jego dwie drzemki podczas mojej jazdy ratują sytuację.

Dzień 1 – Zamek Neuschwanstein

Jesteśmy! Ósma rano. Parking u podnóża góry, na której wznosi się Zamek Neuschwanstein wita nas deszczem i temperaturą 10 stopni. Wyłączamy więc silnik samochodu a włączamy laptopa z bajkami. Dzieci patrzą, a my zapadamy w sen na przednich siedzeniach. Pogoda nie zachęca do wyjścia, jesteśmy zmęczeni, a Rodzina nr 2 jest jeszcze 200 km za nami. Dobranoc…

Około 9 rano deszcz się uspokaja, ruszamy więc w stronę Zamku. Na szlaku pełno czarnych jaszczurek (chyba były to jaszczurki??). O tej porze nie ma jeszcze tłumu, który mógłby je spłoszyć. Spacer pod górkę zajmuje około pół godziny. Niestety mamy tylko 2 bilety uprawniające do wejścia do wnętrz zamku (mimo że zakupem zajęłam się z Polski, tydzień wcześniej, było to już za późno i zostały tylko pojedyncze bilety na daną godzinę…), a nasze nadzieje, że wpuszczą nas wszystkich chociaż na sam dziedziniec ulatniają się. Nie ma szans. Niemiecki porządek. Nie masz biletu – nie wchodzisz. Nawet nie zaczynamy dyskusji. Szukamy więc restauracji, w której moglibyśmy się ogrzać. Niestety, bez maseczek FFP2 nie wpuszczają (!!!), a taką mamy tylko jedną. Wracamy więc do samochodu. W międzyczasie Rodzina nr 2 dojeżdża do celu i pomaga nam w opiece nad dziećmi, kiedy wymieniamy się z Jasiem przy zwiedzaniu wnętrz zamku. W tym celu musimy wspiąć się na górę drugi raz, ale doprawdy warto, bo wnętrza są oszałamiające.

Dzień 2 – Legoland i miasteczko Gunzburg

Drugi dzień budzi nas śpiewem ptaków i wita piękną pogodą, a spanie w namiocie to najwyższy luksus po nocnym przejeździe. Budzimy się więc w dobrych humorach. Do tego dziś wielki dzień dla dzieci! Obiecany od kilku lat Legoland! Nasz kemping leży zaledwie parę kilometrów od niego, a my nie musimy zwijać obozu, bo zostajemy tu na 2 noce, więc szybko docieramy do celu, gdzie czekają już na nas obie rodziny. Nasza Ekipa jest w komplecie! Przez bramki przechodzimy bez problemów i bez kolejek, których po prostu nie ma. Z resztą i tak od miesiąca mamy już kupione i wydrukowane bilety, tegoroczny prezent od całej rodziny z okazji Dnia Dziecka. Potwierdza się również wyczytana na śledzonym przez nas przed podróżą legolandowym profilu FB informacja, że nie wymagają już testów. Wchodzimy więc, a świat klocków Lego staje dla naszej piętnastoosobowej załogi otworem. Do boju! Witaj udana zabawo! 🙂

Zwiedzanie i dobrą zabawę kończymy tuż przed zmaknięciem Legolandu – około 18. Tuż obok znajduje się centrum testów covid. Podjeżdżamy tam, bo jutro obieramy kierunek na Włochy – jedyny kraj wymagający testów. I tutaj znowu zero kolejek, pustki, a nasze testy też już opłacone z Polski. Wszystko zajmuje więc nam około pięciu minut, a wynik przychodzi na maila 15 minut póżniej. Odczytujemy go już w Gunzburgu, gdzie zdążyliśmy w międzyczasie dojechać. To miasteczko, pod którym zbudowano niemiecki Legoland, a w którego hotelu śpią dwie pozostałe rodziny z naszej ekipy. Miły spacer wieńczy ten bogaty w wrażenia dzień.

p.s. Z ciekawostek: W Gunzburgu natknęliśmy się na pomnik Janusza Korczaka.

Dzień 3 – Heididorf, droga przez Alpy i 5 krajów

Trzeci dzień zaczynamy małym stresem – nasz młodszy Syn wysunął się w nocy ze śpiworu, a była to najzimniejsza noc całej wyprawy. Ma objawy hipotermii. Biorę go do swojego śpiworu i w ciasnym ciepełku, wspomagając się rozgrzewającą herbatą, dochodzi do siebie. Uff… Czas zwijać obóz i ruszać w drogę. Dziś chcemy przełęczą przedrzeć się na drugą stronę Alp, po drodze zwiedzając wioskę Heidi. Trasa wiedzie z Niemiec, przez Austrię i Szwjacarię do Włoch. Wjeżdżamy też na chwilę do Liechtensteinu. W wiosce Heidi zwiedzamy domek, w którym według znanej historii mieszkała, schodząc do doliny na zimę, kopię chaty Dziadka z hali (“oryginał” jest póltorej godziny wędrówki wyżej, a my nie możemy sobie na takową pozwolić, bo czas nagli), zagrodę kózek, szkołę z żywym nauczycielem i prawdziwą lekcją, w której bierzemy udział. Obiad zjadamy na parkingu – przygotowany przez mojego Męża na butli gazowej. Darmowy obiad z najlepszą miejscówką – widokiem na Alpy. To są uroki kempingowego stylu podróżowania!

Podczas wspinaczki alpejskiej nasz samochód daje radę, choć padający deszcz nie zmniejsza nam poziomu stresu. Nasza wyobraźnia szaleje i teraz obawiamy się już nie tylko tego czy silnik podoła, ale także tego, że nawierzchnia jest śliska. Na szczęście kąty nachylenia podjazdów nie okazują się aż tak duże, a serpentyny i zakręty aż tak ostre jak myśleliśmy. W końcu to droga główna. Ze zgrozą spoglądamy na wijącą się równolegle do niej drogę podrzędną i nie radzimy nią nikomu jechać. 😉 Poziom adrenaliny podnosi się nam znowu, kiedy zjeżdżamy na drugą stronę Alp, już w stronę Włoch. Nasz zjazd w dół wydaje się nie mieć końca, a mijane raz po raz znaki ostrzegawcze nie poprawiają nam humoru. Namalowane na nich płomienie ognia, wydostające się z palących się hamulców, mobilizują nas, aby jednak więcej hamować silnikiem. Za którymś z rzędu tunelem wszystkie napisy zmieniają się na włoskojęzyczne. To jednak jeszcze nie Włochy, a kanton włoski. Trzeba uważać, żeby się nie dać nabrać i nie zacząć używać telefonu (ja prawie wpadłam w tą pułapkę). Szwajcaria nie jest w Unii, więc rozmowy i smsy są płatne. Roślinność zmienia się na coraz bardziej śródziemnomorską, pojawia się pierwsze jezioro – Lugano, otoczone majestatycznymi górami, a my przejeżdżamy przez miasto o tej samej nazwie. Kawałek dalej zatrzymujemy się za potrzebą Syna przy niezwykle malowniczo położonej toalecie ;). Potem tunelem przeszywamy kolejną górę i dojeżdżamy do wyczekiwanej tablicy “Italia”. Tylko jej nam brakowało, bo w kantonie włoskim wszystko już bylo jak we Włoszech, oprócz powiewających gdzieniegdzie szwajcarskich flag.

Wreszcie Włochy! Głowny cel naszej podróży i mój ukochany kraj (kocham zwłaszcza język włoski!). Jeszcze chwila i dojeżdżamy do Menaggio – miejscowości położonej nad Jeziorem Como – na nasz kemping z bezpośrednim zejściem do jeziora. Oczywiście dzieci nie odpuściły i kąpiel musiała być, a po niej przeszliśmy się na pierwszą włoską pizzę i spacer po nabrzeżu by night. Co za dzień!

A potem zapadła pierwsza włoska noc naszej podróży. Noc, którą Jasiu spędził w samochodzie, bo zabrakło dla niego miejca w namiocie. Ale o tym opowiem już następnym razem…

Dodaj komentarz