Ferie zimowe w wersji light czyli luz-blues

Półmetek ferii za nami. Po 10 dniach w domu z 4 dzieci moja głowa jest czasem bliska eksplozji a sfera nerwowa uczulona na dźwięki typu jazgot, krzyk, wrzask i głośne mówienie (czy nasza Czterolatka myśli że jesteśmy już starzy i mamy problemy ze słuchem?). Drugą bolączką jest problem sprzątania zabawek, który pojawia się około kilkanaście razy dziennie. Dzieci wciąż się buntują przeciwko zasadzie handlu wymiennego (o której TU) – nie dlatego że chcą użyć zabawek z poprzedniej zabawy łącznie z zabawkami z kolejnej (wtedy trzeba się na to zgodzić, żeby nie tłumic ich dziecięcej kreatywności), ale najzwyczajniej dlatego że wciąż nie mieści im się w głowie że życie składa się nie tylko z tego na co ma się W TYM MOMENCIE ochotę, ale także na ponoszeniu konsekwencji tego co się robiło chwilę wcześniej…

Ale to tylko drobnostki. Grunt że cel podstawowy osiągnięty – dzieci póki co uchowane przed chorobami. A świadomość szczęścia z “bycia po prostu ze sobą” generalnie nam towarzyszy, więc humory dopisują.

Aby jednak ferie nabrały charaktetu wakacyjnego nie tylko przez zwiększone dawki świeżego powietrza, postanowiliśmy z Mężem, że zarzucamy na ten czas większość naszych rytuałów i zasad związanych z przebiegiem dnia, jak choćby czytanie na dobranoc (zwykle robimy to każdemu dziecku z osobna codziennie), gimnastyka krzywych nóżek czy stałe godziny niektórych czynności. W ten sposób odpoczywamy nieco od codzienności roku szkolnego. Polecam. Wprawdzie wkrada z się w życie więcej chaosu, ale może właśnie dlatego chętniej wrócimy po feriach do starych zasad. Czyli cel zostanie osiągnięty – w namiastkowej formie, ale jednak odpoczniemy od tego co zwykle.
Tak więc u nas luz-blues ostatnimi dniami. Choć może raczej luz-jazgot- hard rock and metal. Ale co tam. Byle do wiosny!

 

Grafika należy do  Zaprojektowane przez Freepik

Dodaj komentarz