Ferie zimowe w domu

 

U nas zaczęły się właśnie ferie zimowe. Mąż nie ma urlopu, więc nie wybieramy się w tym roku w góry. Co więc zrobić z tymi dwoma tygodniami? Stwierdziliśmy z Mężem, że 2 tygodnie w domu w układzie JA kontra CZWÓRKA to za wiele na moje siły. Zapisaliśmy więc dwójkę najstarszych na półkolonie. Ale zmieniliśmy plany po tym, jak co rusz dochodziły nas słuchy o wszechobecnych ostatnimi czasy choróbskach. Doktorka  w przychodni (tak, znowu byłam na szczepieniu) utwierdziła nas w tej decyzji, mówiąc: “Niech ich pani nigdzie w ferie nie posyła. Jak mogą, niech w domu siedzą.” Wypisaliśmy więc dwójkę naszych najstarszych z półkolonii i “siedzimy” w domu…

Co więc wymyślić, aby w domu nie “siedzieć”, tylko owocnie spędzić ten czas? Dla mnie odpowiedź jest prosta. Skoro unikamy wirusów, to unikamy skupisk ludzkich, czyli do miasta się nie wybieramy, chyba że na narty w podmiejskim parku lub na lodowisko. Mi jednak – na wsi, bez auta (naszym jedynym pojazdem silnikowym Mąż dojeżdża do pracy) – łatwiej jest po prostu wyjść z domu i iść na spacer. Co innego w mieście – smog ostatnio szaleje (czy to nie z nim przypadkiem związana jest ta epidemia chorób?). Więc mamy z miasta zachęcam do wydostania się z niego. U nas na wsi też czasem mini-smog się zdarza, kiedy akurat wszyscy w piecach palą i wiatru nie ma, dlatego w naszych spacerach obieram kierunek na las, czy łąkę, z dala od zabudowań. A wszystko po to, aby dać dzieciom coś, co zastąpi ferie w górach, czyli codzienną dużą dawkę świeżego powietrza.

Oczywiście namówienie na długi spacer trójki dzieci (Najmłodzszej jeszcze namawiać nie muszę, bo pięknie w wózku na spacerze śpi) nie jest proste. Zwłaszcza gdy na dworze nie ma śniegu i jedyną zimową atrakcją są zamarznięte kałuże. Przyjęłam więc następującą taktykę: po pierwsze ani słowa o tym, że spacer ma być długi – na wstępie byłabym spalona. Po drugie – odwrócenie uwagi od sedna sprawy. I tak wczoraj szliśmy szukać skarbów. Dla moich dzieci skarbem może być prawie wszystko i to jest takie piękne w ich postrzeganiu świata i bujnej wyobraźni. Wczoraj skarbem mianowały porzuconą przez kogoś butelkę… po piwie. Nie miały jednak z piwem skojarzenia, bo u nas w domu nie pijemy alkoholu, więc ich skojarzenie dotyczyło listu w butelce. Listu jednak ku ich rozczarowaniu w środku nie było, ale i tak znaleziona butelka stała się dla nich cennym trofeum. Nie chciałam, żeby zabierały takiego śmiecia do domu, więc aby nie urazić ich entuzjastycznych uczuć, zasugerowałam schowanie jej w pobliskiej dziurze po wyrwanym drzewie. Chętnie przystały na ten pomysł. Teraz miały już nie tylko skarb, ale też kryjówkę na niego. Planują zabrać tam jutro Tatusia (jutro niedziela, więc i szansa na spacer w rodzinnym komplecie). Przy okazji owo powalone drzewo dostarczyło kolejnej atrakcji, bo mogły się po nim wspinać. Nie miałam nic przeciwko, bo z leżącego drzewa nie mogą spaść, a dla nich to było coś! W końcu WSPINAŁY się na drzewo! Że powalone, nie grało to dla nich roli. Widzieliśmy też dzięcioła i dzieci oczywiście spierały się kto pierwszy go usłyszał a kto pierwszy zobaczył. Na tego typu atrakcjach minęły nam 2 godziny.  Dobra dawka świeżego powietrza, która opatrzyła trzy buzie solidnymi rumieńcami.

Dzisiaj też się udało. Tym razem celem były konie. Około półgodzinny spacer dzieli nas od małej stadniny. Nam jednak dotarcie tam zajęło znacznie więcej czasu. Droga wiedzie przez łąkę i las, ale po drodze przecinamy też rzeczkę, przy której rośnie stara wierzba – nasz stały punkt przystankowy. Wierzba ma kilka ściętych konarów, z których pozostawione pnie służą nam za krzesełka “na odpoczynek”. A rzeczka dostarcza całej gamy atrakcji – od obowiązkowego wrzucania patyczków, do łowienia ryb. Kocham tą dziecięcą wyobraźnię – ani ryb tam nie ma, ani my wędek nie mamy. A jednak wystarcza kawałek gałązki zanurzonej w wodzie i już moje dzieci czują się jak prawdziwi poławiacze wodnych stworzeń. Łowiłyby tak pewnie znacznie dłużej, gdybym stanowczo nie wydała decyzji o dalszej drodze (zmotywowana wizją któregoś dziecka zamoczonego w lodowatej wodzie). W końcu dotarliśmy do koni. Dzisiaj mieliśmy szczęście, bo w stadninie spotkaliśmy właścicielkę i mogliśmy podejść bliżej tych magicznych stworzeń. Dzieci były oczarowane. Potem zahaczyliśmy jeszcze o gospodarstwo z krowami (dzieci przyklejone do płotu ze wzrokiem przyklejonym do krów mogłyby tak stać nie wiem ile). Jako że naszą trasą zatoczyliśmy koło, wracając, przecinaliśmy rzeczkę innym mostkiem. I tu kolejna niespodzianka – mnóstwo kaczek krzyżówek. No i znowu nie mogłam namówić dzieci do dalszej drogi. Atrakcja, że hej! A na koniec, jak na deser, drogę przecięło nam stado saren. 🙂

Dodaj komentarz