Pomoc domowa

Piszę o zdarzeniu, które miało miejsce w pierwszych dniach naszego urlopu. Był to czas, gdy wchodziliśmy w zwolnione tempo życia wakacyjnego, jednocześnie mając na plecach pewne pozostałości z całego sezonu…, a największą pozostałością był…… BAŁAGAN!! I nie mam tu na myśli zwykłego niepoukładania rzeczy, tylko bałagan strukturalny (strasznie mądre słowo na opisanie bajzlu). Jednym słowem, wszystko to, czego nie dawaliśmy rady ogarnąć przy tej ilości pracy (o dwójce naszych charakternych skarbów nie wspomnę). Przykłady można mnożyć: kabina prysznicowa wyglądała jak z epoki kamienia łupanego – Flinston by się cieszył – zlewy i tym podobne rzeczy zdawały się być w podobnym stanie. Jednym słowem: odkamieniacz z Lidla (uwaga, kryptoreklama) poszedł w ciągu jednego dnia. Nie będę już mówił o innych sprawach, bo za dużo by opowiadać.

Wiecie, i tu jest fajna pierwsza sprawa – nie wstydzę się przyznać, że tak było. Był syf i tyle. Nie było czasu, sił i determinacji, żeby się za wiele rzeczy zabrać, więc początek wakacji rozpoczął się w ogólnym rozgardiaszu. Nasze wspólne próby zaatakowania bałaganu były z gruntu fatalne, no naprawdę powiem, że zrobiłem ogólny porządek, a tu po chwili znowu się wszystko wali. I nagle spadła nam z nieba koleżanka.
Okazało się, że znajoma Julii dorabia sobie sprzątając……

(Niepokojąca cisza zapadła.)

Zacznijmy jednak od wydarzeń wcześniejszych,które mają nas doprowadzić do tego momentu. Otóż parę miesięcy wstecz, Julia była u koleżanki, która jej powiedziała, że skoro pracujemy, zarabiamy, mamy dwójkę dzieci, mamy sporo zajęć, to dlaczego, jeśli nie dajemy rady, nie zamówić kogoś do sprzątania?? Z gruntu stwierdzenie słuszne… tylko konotacje (wydziwiam z tym językiem, ale pierwsze mi się rzuciło) niekoniecznie pozytywne, co nie?? Przecież Polska gospodyni daje radę ze wszystkim. Tysiąc rzeczy na
raz, życia nie ma, ale dom świeci czystością… jednym słowem – Rambo w spódnicy :). Już o tym nie będę pisał, bo chyba już ten temat ruszyłem TU.

No więc reakcja raczej negatywna, bo oznacza przyznanie się, że się nie daje rady. i jeszcze burżujstwo najwyższej klasy… sprzątaczkę zamawiać do domu.
Przyznaję, że w gruncie rzeczy też trochę tak myślałem, ale z drugiej strony zacząłem kombinować, że właściwie mnie to gila, co inni myślą, jeśli dotyczy to mojej rodziny, więc czemu nie… Tym bardziej że okazja pojawiła się właśnie w momencie największego sajgonu, jaki ogarnął nasze mieszkanie.

Tak na marginesie dodam, że nie jest to taki straszny koszt. Jest mnóstwo ludzi, którzy chętnie dorobią sobie dodatkowo. Myślę tu szczególnie o studentach, którym z natury zawsze potrzeba kasy. Bez obrazy proszę, wiem jak jest, bo byłem studentem.

No więc koleżanka była u nas 2 dni, łącznie 13 godzin… no cóż, było co robić. Wiecie, jak wszedłem do prysznica, to myślałem, że zemdleję z wrażenia. Kuchnia, salon – wszystko lśniło czystością.

W tym momencie wiedziałem, że zrobiliśmy właściwy ruch i zaczęliśmy wakacje bez obciążenia bałaganem, który pozostał po ciężkim sezonie.

Po tym wydarzeniu pomyślałem po raz kolejny o tych wszystkich kobietach, które z miłości i poczucia obowiązku zostają ze swoimi maleńkim dziećmi w domu i mają wszystko na głowie. Panowie, wiem, że często nasza praca powoduje, że mało nas w domu i mam takie przemyślenie… a gdyby tak zabrać żonę na mały wyjazd i zostawić dom do gruntownego sprzątania komuś?? Niezły prezent by był, co nie?
Ktoś powie, moja żona zawsze daje radę, zawsze jest czysto, po co wydawać pieniądze? A ja mówię: Nie czarujmy się, nawet Rambo w spódnicy czasem ma kryzys i nie ma sił (zapewne częściej niż nam się to wydaje). W takich momentach przysłanie kogoś na parę godzinek do pomocy to prawdziwe zbawienie. Poza tym są takie prace, których uciążliwość jest czasem zbyt wielka. Czy nie warto czasem tego komuś zlecić (słynne czyszczenie okien przed świętami, coś nam to mówi, nie ??). Tak sobie kombinuję w tym moim łbie i czuję, że się zakręcę trochę w temacie.

Jest tylko jedno ALE… Panowie to nie jest prezent niespodzianka. To znaczy, chodzi mi o to, że każda gospodyni ma swoje wytyczne co do różnych rzeczy (na przykład układ naczyń w szafkach). Jak kogoś wpuścimy bez wiedzy żony do domu, to może się okazać, że zrobimy jej więcej pracy niż okażemy pomocy. Lepiej takie sprawy konsultować i czasem zmusić, żeby Rambo zszedł z pola i troszkę odpoczął.

P.S. Już nic nie piszę, że my Panowie też powinniśmy pomagać w domu, ale o tym już wcześniej wspominałem TU, więc zakładam, że wszystko jasne.

Pozdrawiam, Janusz

Dodaj komentarz