No to co? Po sukcesie pierwszej próby, czas na drugi wpis. Słuchajcie, chciałbym opowiedzieć Wam troszeczkę o logistyce, ale tym razem z perspektywy rodzinnej. Nie od strony zakupów czy organizacji kuchni i zamrażalnika, ale z perspektywy organizacji domu jako takiego. Jak możecie się domyślać, nasz dom to naprawdę duże przedsięwzięcie.
W poprzednim wpisie porównałem jego działanie do samochodu. Żeby auto jechało, potrzebuje mnóstwa różnych podzespołów i ukrytych mechanizmów, o których istnieniu na co dzień nawet nie pamiętamy. Oprócz silnika jest przecież sprzęgło i cała masa elementów, które pomagają ruszyć i jechać bezpiecznie. „Bezpiecznie” to zresztą świetne określenie – chodzi o to, aby nasza rodzina bezpiecznie manewrowała po meandrach codzienności. Brzmi to może trochę górnolotnie, ale w rzeczywistości mowa o naszej codziennej, często bardzo chaotycznej rzeczywistości.
Zacznijmy zresztą od samego chaosu. Pamiętacie, jak w pierwszej części wspominałem, że mam swoje 20 zasad? Jeśli dobrze pamiętam, dziesiąta z nich mówi, że najcenniejszym darem, jaki mam, jest rodzina, a chaos jest jej nieodłączną częścią. Dla mnie osobiście to chyba najtrudniejsza lekcja. W głębi serca – choć na pierwszy rzut oka może tego nie widać – jestem melancholikiem. Uwielbiam, gdy wszystko jest poukładane i ma swoje stałe miejsce. Absolutnie kocham segregowanie – idealnie nadawałbym się na bibliotekarza! Najlepszym tego przykładem jest nasza kuchnia, ale o niej porozmawiamy w osobnym wpisie.
Krótko mówiąc: jestem typem, który lubi ład i porządek. Tymczasem bycie rodzicem w rodzinie wielodzietnej z góry skazuje człowieka na to, że ten ład i nieporządek będą ze sobą stale współistnieć. Chaos i zamieszanie to immanentna część naszego życia. Wyobraźcie sobie, że czwórka naszych starszych dzieci chodzi już do szkoły. Najstarsze uczy się w liceum, a pozostali są w klasach od czwartej do ósmej (konkretnie w czwartej, szóstej i ósmej). Już sam ten fakt pozwala wyobrazić sobie lawinę informacji, jaka spływa do nas przez e-dziennik. Na szczęście Żona ogarnia większość edzienników i rodzicielskich grup na Whatsappie. Ja mam tylko 3 edzienniki: ten z liceum i 2 ze szkoły muzycznej.
A jak w tym wszystkim funkcjonujemy? Dodam tylko, że sam jestem nauczycielem (i muzykiem) i śmieję się, że w swojej własnej szkole obsługuję w tej chwili chyba cztery różne konta w e-dzienniku: jako kierownik sekcji, administrator, zwykły nauczyciel oraz jako rodzic, ponieważ dwójką z naszych dzieci zaczęła też uczęszczać do popołudniowej szkoły muzycznej.
Samo ogarnianie e-dzienników to potężne zadanie. Moja żona zajmuje się tymi ze szkoły podstawowej w naszej miejscowości. Z kolei dwójka najmłodszych dzieci chodzi jeszcze do klubiku malucha i przedszkola, więc logistyczne spięcie tego wszystkiego stanowi spore wyzwanie. Jak dzielimy te obowiązki? Ja przejmuję opiekę nad starszymi dzieciakami, kiedy idą do liceum i zaczynają naukę w mieście, czyli w Bydgoszczy. Zajmuję się też sprawami związanymi ze szkołą muzyczną. Nie da się jednak ukryć, że lwią część domowej logistyki bierze na siebie moja małżonka. Julia pracuje z domu, prowadzi firmę i ma nienormowany czas pracy, więc u niej ten rozkład zajęć wygląda nieco inaczej.
Nawet sama wyprawka szkolna bywa wyzwaniem, bo przecież każde dziecko potrzebuje czegoś innego. Mamy w tym względzie wypracowane pewne zasady, ale do tego przejdę za chwilę. Każdy z nas musi jasno definiować swoje potrzeby. Kompletowanie wyprawki wygląda u nas zazwyczaj tak, że pod koniec sierpnia jedziemy wszyscy razem do Biedronki, bo mają wtedy świetne oferty, i dokupujemy to, co niezbędne. Podręczniki na szczęście w klasach 1–8 są darmowe, ale w iceum sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Tutaj Żona wpadła na świetne rozwiązanie. Na pierwszym roku kupiliśmy naszemu Pierworodnemu nowe książki, ale zapowiedzieliśmy mu, że w kolejnych latach musi już radzić sobie sam – odsprzedawać stare podręczniki i kupować używane. Jeśli trzeba, musi sobie na nie w jakiś sposób dorobić. Chodzi o to, aby sam o to zadbał. Nie zamierzamy co roku wydawać półtora tysiąca złotych tylko dlatego, że on się zagapił, nie sprawdził listy i nie odkupił książek od poprzedniego rocznika.
Tyle w kwestii wyprawki szkolnej. A jak wygląda nasz system rodzinny? W tym obszarze ogromne zasługi ma moja żona, jeśli chodzi o utrzymanie porządku i bezpośrednie ogarnianie domu. Nasz podział obowiązków jest jasny: ja odpowiadam za wszelkie naprawy, majsterkowanie i przyklejanie tego, co odpadnie. Oprócz tego partycypuję w gotowaniu i przygotowywaniu śniadań, ale kulinaria to tak duża kategoria, że opowiem o niej w osobnym wpisie.
Przejdźmy do czegoś, co wymyśliła moja żona, czyli do dyżurów. Umówmy się – wielodzietna rodzina, jeśli chce sprawnie funkcjonować, musi być dobrze naoliwionym mechanizmem. Skoro samochód ma dobrze jechać, nie może mieć zużytych części ani suchego silnika. Dla nas kluczowe jest to, aby przestrzeń wspólna, czyli salon, kuchnia i cały dół, była zawsze posprzątana. Obecnie mieszkamy i śpimy na pierwszym piętrze, a parter służy nam jako strefa dzienna. To niezwykle istotne, aby na dole panował ład i było jasne, gdzie co leży. Wypracowanie tego systemu zajęło nam całe lata. Nauczenie dzieci, a także samych siebie odpowiedniej dyscypliny, wymagało ogromu czasu i pracy.
Efektem tych starań jest właśnie nasza rozpiska dyżurowa. Określa ona, kto ogarnia kuchnię i dół domu po każdym posiłku. Po śniadaniu wszyscy zazwyczaj wychodzą z domu, więc poranne dyżury spadają raczej na Julię. Ja, robiąc śniadania, staram się nie zostawiać po sobie wielkiego pobojowiska, a rano często opróżniam zmywarkę, żeby ją wesprzeć. Prawdziwa logistyka zaczyna się jednak przy dyżurach popołudniowych i wieczornych.
Dlaczego to takie ważne? Dzieci muszą się do tego przyzwyczaić, choć oczywiście zawsze się buntują i pojawiają się problemy. Tutaj z pomocą przychodzi motywacja w postaci kieszonkowego, które ma wydatny wpływ na ich zaangażowanie w życie domowe. W pewnym momencie wyłożyliśmy im kawę na ławę: „Słuchajcie, moglibyśmy zatrudnić sprzątaczkę. Stać by nas było na to, ale to kosztuje. Wolimy te pieniądze oddać Wam w formie kieszonkowego, pod warunkiem, że będziecie sumiennie realizować swoje dyżury”. Dzieciaki, choć początkowo nie było łatwo, ostatecznie weszły w ten układ. I trzeba przyznać, że to działa – może nie zawsze idealnie, ale w jakichś 90% system po prostu funkcjonuje.
Dlaczego te trzy dyżury dziennie są tak istotne? Ponieważ dzięki temu w domu nigdy nie zdąży się zrobić potężny bałagan. Mam zresztą prywatną teorię, że największy chaos zawsze rodzi się w kuchni. To tam zaczyna się bałagan, który potem, niczym ośmiornica, rozpełza się swoimi ramionami po całym domu. Dlatego kluczową sprawą jest regularne wstawianie zmywarki. Zmywarka to, lekko mówiąc, główna arteria życiowa naszego domu. Jeśli naczynia są czyste, możemy sprawnie funkcjonować i przygotowywać kolejne posiłki. Dziecięca niechęć do jej opróżniania jest oczywiście głęboko zakorzeniona, ale ten sprzęt jest u nas absolutnie niezbędny. Mamy znajomych, którzy mają w domu dwie zmywarki – to genialne rozwiązanie, ale my nie mamy na to przestrzeni. Nasza kuchnia jest stosunkowo mała, mimo że ostatnio podczas remontu nieco ją powiększyliśmy. Wyburzyliśmy jedną niewielką ściankę, a w jej miejsce postawiliśmy wyspę kuchenną, która służy nam teraz jako idealny schowek na domowe zapasy.
O zapasach i kuchni opowiem jednak szczegółowo w trzecim wpisie. Wracając do dyżurów – na dole domu obejmują one podłogi w salonie, porządek na stole oraz pokój telewizyjny. Tak go nazywamy, chociaż oprócz telewizora trzymamy tam gry planszowe i książki. Nie mamy telewizji jako takiej, ale sam ekran w zupełności wystarcza, żeby od czasu do czasu coś wspólnie obejrzeć (a w przypadku Maluchów zapewnia nam codzienną chwilę odpoczynku – codziennie nasz przedszkolak może zobaczyć bajkę, jeśli najpierw tak samo długo zajmie się sobą samodzielnie w swoim pokoju). Do tego dochodzi jeszcze ogarnięcie rozrzuconych butów.
Jeżeli te porządki na dole są robione regularnie, to nie ma opcji, żeby jedna osoba nie dała rady ogarnąć wszystkiego w maksymalnie pół godziny. Zazwyczaj zajmuje im to od 15 do 30 minut, w zależności od tego, jak bardzo się przykładają. Muszę przyznać, że nasz Najstarszy jest w tym naprawdę dobry – robi to szybko i sprawnie, a Trzeci potrafi zrobić to perfekcyjnie – oczywiście wtedy, kiedy mu się chce. Córki też dają radę. Ich pomoc to dla nas ogromne, codzienne wsparcie.
Tak wygląda kwestia dyżurów i sprzątania wspólnej przestrzeni. Istnieje jednak jeszcze jeden temat, który – jak się domyślacie – w dużej rodzinie urasta do rangi kluczowego wyzwania. Pranie. To bez wątpienia nasza druga domowa arteria, zaraz po zmywarce.
Tym obszarem w całości zajmuje się moja Żona. Sama tak zdecydowała. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego akurat kobieta i tak dalej. Odpowiedź jest prosta: mamy naturalny podział obowiązków. Ja robię swoje rzeczy, ona swoje. Oczywiście ja też potrafię wstawić pranie, a kiedy trzeba, biorę do ręki żelazko parowe i prasuję. Julia ma jednak do tego prania lepszą rękę i swój system. Przede wszystkim korzystamy z suszarki bębnowej i praktycznie nie prasujemy ubrań. Jeśli wyciągnie się je z suszarki, kiedy są jeszcze gorące*, ich stan jest na tyle dobry, że żelazko staje się zbędne. To dla nas ogromna oszczędność czasu.
*[często jednak składam je później i wtedy SĄ pogniecione, ale to jeden z obniżonych standardów wielodzietnych 😉 wolę więcej Dzieci kosztem pogniecionych ubrań, bo w końcu co jest cenniejsze – Człowiek czy gładkie ciuchy?]- dopisek Julii
W kwestii organizacji prania moja żona wpadła na dwa genialne pomysły. Pierwszym z nich są trzy osobne kosze na pranie stojące na górze. Jeden jest na rzeczy białe i jasne, drugi na kolorowe i ciemne, a trzeci na ręczniki, pościel i szmatki, czyli na pranie w wysokiej temperaturze. Dzięki temu segregacja odbywa się niemal automatycznie.
Drugi patent to coś, z czego sami się śmiejemy, nazywając to naszym domowym paczkomatem. Wykorzystaliśmy do tego popularny regał Ikei z serii Kallax. Ci, którzy mają dzieci, pewnie dobrze go znają, a jeśli nie – łatwo możecie go sprawdzić w sieci. To prosta szafa z kwadratowymi półkami, do których idealnie pasują dedykowane, materiałowe lub plastikowe pudła. Nazwa „paczkomat”, którą wymyśliła Julia, pasuje tu idealnie. Podczas segregacji czystego prania Żona podchodzi do regału (stoi on w części wspólnej, czyli w korytarzu na piętrze) i wrzuca ubrania do odpowiednich skrytek. Każdy członek rodziny ma tam swoje własne, przypisane pudło, a pojemność regału idealnie odpowiada liczbie domowników. Pudło Julii zajmie wkrotce nasz Siódmy, bo jak sama ona twierdzi- swoje ciuchy i tak wkłada wprost do swojej szafy.
System działa genialnie w swojej prostocie. Kiedy dziecku kończą się czyste ubrania w pokoju, idzie do naszego „paczkomatu”, wyciąga swoje pudło, zabiera je do siebie i układa rzeczy w szufladach. Od tego momentu to już jego sprawa i jego odpowiedzialność. Przy okazji “paczkomat” jest też czasem wykorzystywany przez Julię do przekazania dzieciom jakichś ich rzeczy, które rozrzuciły po domu – jeśli nie chce jej się zanieść ich wprost do ich pokój, wkłada po prostu do ich pudeł w “paczkomacie”.
Kiedy rozmawiamy z innymi rodzinami wielodzietnymi, okazuje się, że takich genialnych pomysłów i życiowych patentów każdy ma na pęczki. Wymiana takich doświadczeń jest super i właściwie po to właśnie powstaje ten wpis. Może ktoś się zainspiruje, podchwyci nasz pomysł i uzna, że to świetne rozwiązanie do wdrożenia u siebie. Sam regularnie czerpię inspiracje od innych. Obracamy się trochę w bańce rodzin wielodzietnych, ale mam wrażenie, że te patenty mogą ułatwić życie każdemu – nawet osobie, która ma jedno czy dwoje dzieci. Po prostu tak zwyczajnie, życiowo.
Omówiliśmy już nasz przysłowiowy InPost, więc przejdę teraz do ważnego faktu, że mamy ogromne szczęście, bo na ten moment każde dziecko ma swój własny pokój. Kosztowało nas to mnóstwo ciężkiej pracy. Najpierw zbudowaliśmy nasz dom, potem rozbudowaliśmy go o przestrzeń na firmę, aż w końcu nad samą firmą nadbudowaliśmy kolejną część, żeby jeszcze trochę powiększyć – zwiększyć nasz dom. Metraż rzędu 110 metrów kwadratowych na osiem czy dziewięć osób to było już trochę za mało. Teraz nasz dom jest jednocześnie i duży, i mały. Można by powiedzieć, że 150 metrów to żadne szaleństwo, bo przecież zdarzają się domy mające po 200 metrów i więcej. Dla nas ta wielkość jest jednak naprawdę w porządku. Mamy przy tym z tyłu głowy świadomość, że nie każdy ma tak komfortową sytuację. Znamy rodziny wielodzietne, które dysponują znacznie mniejszą przestrzenią, a zarządzają nią jeszcze lepiej niż my. Logiczne, że im mniejszy metraż i im więcej dzieci na metr kwadratowy, tym większa dyscyplina jest potrzebna, żeby to wszystko trzymało się kupy.
Wróćmy jednak do naszego domu. Jak już wspomniałem, na ten moment każde dziecko ma swój własny pokój. Zasada jest taka, że dzieci odpowiadają za swoje królestwa. Staramy się z Żoną za bardzo nie ingerować w ich przestrzeń, ale mamy pewne standardy – zależy nam, aby utrzymywały taki porządek, który pozwala na normalne funkcjonowanie. Jeden z synów ma w pokoju absolutny, wręcz perfekcyjny ład. Kiedy do niego wchodzę, mam wrażenie, jakbym chłonął tę idealną harmonię – wszystko leży na swoim miejscu. Wiadomo jednak, że każdy ma inny temperament. Starszy syn i średnia córka wolą raczej artystyczny nieład. Staram się na to przymykać oko, choć nie zawsze mi to wychodzi. Jednocześnie utrzymanie porządku jest u nas w pewien sposób nagradzane – poziom porządku w pokoju w trakcie miesiąca rzutuje na wysokość kieszonkowego. Maluchy oczywiście nie sprzątają jeszcze samodzielnie, ale nasz czteroletni Piąty powoli wdraża się w temat i pomaga czasem przy prostych porządkach. Siłą rzeczy sprzątanie towarzyszy nam non stop i jest stałym elementem naszej codzienności.
Kolejnym świetnym logistycznym patentem w naszej rodzinie jest tak zwana “akcja sprzątająca”. Ten pomysł również podpatrzyliśmy u kogoś innego – to a propos wspomnianego wcześniej inspirowania się innymi ludźmi – ale wtedy miał on trochę inną formę i nazwę (“ekipa sprzątająca”, o czym mozecie przeczytaćw jednym z naszych starych wspisów). Przeczytaliśmy, że ktoś stosuje taki system i postanowiliśmy wdrożyć go u siebie. Potem, z biegiem lat, dość mocno ten pomysł zmodyfikowaliśmy. Aktualnie wygląda to tak: każde dziecko dostaje przydzieloną na cały rok szkolny konkretną przestrzeń do wysprzątania na błysk – i tutaj chodzi już przede wszystkim o czystość, o takie typowe cotygodniowe sprzątanie domu. Starsza córka odpowiada za porządek w górnej łazience, średni syn czyści łazienkę na dole, a jeszcze ktoś inny dokładnie myje schody. Najstarszemu synowi przypada zazwyczaj koszenie trawnika lub mycie okien. Co prawda mamy robota do mycia szyb, bo nie jesteśmy purystami i nie wymagamy idealnych powierzchni bez smug – ważne, żeby okna były w miarę czyste, zwłaszcza że młodsze dzieci strasznie je palcują. Najpierw trzeba jednak umyć co grubsze brudy szmatką lub szczotką, a potem robota też trzeba jednak samodzielnie poprzestawiać, bo sam z okna na okno nie przeskoczy, więc ktoś musi nad tym czuwać, a przy okazji przetrzeć framugi i parapety. Taka cotygodniowa akcja pozwala nam utrzymać dom w naprawdę dobrym stanie.
O ile domem dzielimy się wszyscy, o tyle ogród to już w dużej mierze moje osobiste królestwo. To ja nim zarządzam i o niego dbam, choć oczywiście każdy ma w tym swój mały udział. Od niedawna, jak już wspomniałem, Najstarszy czasem kosi trawnik (a ja muszę tylko dokonczyc po nim szczegoly), innym razem, przy jakiejś większej akcji ogrodowej, dzieciaki dzielą się koszeniem i plewieniem chwastów, Julia też to robi, ale bieżące odchwaszczanie czy pielęgnacja roślin to zdecydowanie mój konik. Na ogrodzie mamy sporo atrakcji, w tym moją osobistą szopę na narzędzia, sprzęt rycerski oraz kolekcję karabinów Nerf. Tych ostatnich mam już chyba z setkę! Od razu zaznaczę – nigdy nie kupuję nowych zabawek. Na wszystko poluję z drugiej ręki na Vinted lub OLX, zazwyczaj za ułamek ceny sklepowej. W ten sposób uzbierała się pokaźna kolekcja, dla której stworzyłem osobną, niewielką szopkę.
W ogrodzie i w mojej szopie obowiązuje jedna, kluczowa zasada: korzystasz z czegoś – odłóż to na miejsce. Oczywiście to piękny ideał, który w praktyce nie zawsze działa w stu procentach, ale uparcie do niego dążymy. Po prostu szczerze nie znoszę, kiedy na przykład dzieciaki rzucają i zostawiają byle gdzie swoje rowery. Bardzo zależy mi na tym, aby rzeczy były odkładane na swoje stałe miejsce. W garażu też mam wszystko mniej więcej poukładane i wiadomo, gdzie leżą chociażby piłki. Oczywiście egzekwowanie tego to odwieczna walka, ale przy tak dużej rodzinie jest to konieczność, jeśli chcemy cieszyć się wspólną przestrzenią. Konsekwencją braku dyscypliny jest natychmiastowy chaos. W ogrodzie stosuję moją sprawdzoną metodę małych kroczków i staram się ogarniać przeróżne drobiazgi na bieżąco.
Kolejnym potężnym wyzwaniem logistycznym w naszej rodzinie są dojazdy na zajęcia dodatkowe. Każdy rodzic doskonale wie, o czym mówię. W zeszłych latach raz na tydzień wspierała nas babcia. W tym roku jej pomoc się zwiększyła, co ratuje nam sytuację – bierze na siebie na przykład transportowanie Czwartej tam i spowrotem na zajęcia do szkoły muzycznej, a przy okazji w te wlasnie 2 dni pomaga dowieźć inne Drugą i Trzeciego na zajęcia, które udaje się ustawic w tym samym czasie. To dla nas nieoceniona pomoc. Moja Mama jednak do niedawna jeszcze pracowała, a Tata wciąż jest aktywny zawodowo, więc przez większość czasu musieliśmy radzić sobie sami.
Jakie mamy patenty? Przede wszystkim maksymalnie komasujemy wszelkie wyjazdy. Jeśli musimy już jechać do miasta, staramy się połączyć jak najwięcej spraw naraz. Zdarzają się sytuacje trudne logistycznie – na przykład syn kończy lekcje w swojej głównej szkole o 13:00, a zajęcia w szkole muzycznej ma o kompletnie niefortunnej porze, bo dopiero o 19:30. Wtedy namawiamy go, żeby jednak wrócił na te kilka godzin do domu, i potem jedziemy z nim do miasta po raz drugi. Nie chcemy, żeby koczował gdzieś przez tyle godzin. Zależy nam, aby dzieci miały czas na odpoczynek w domu, bo w mieście, w biegu, nie da się sensownie zregenerować, a nie chcemy, żeby były wiecznie wykończone. Przy okazji takiego drugiego wyjazdu „ładujemy” do grafiku inne rzeczy – syn ma ping-ponga, zaraz potem córka akrobatykę, więc łączymy te trasy, aby każdy kilometr miał sens. To już nasza stała praktyka: przed każdym wyjściem z domu sprawdzam, co jeszcze jest do załatwienia po drodze, żeby nie kręcić się bez celu.
Staramy się również, aby część zajęć odbywała się lokalnie, na miejscu, tak by dzieci mogły docierać na nie samodzielnie. Nie zawsze się da, ale bardzo ułatwia nam to fakt, że prowadzimy własną firmę (szkołę artystyczną). Część naszych dzieciaków uczy się gry na instrumencie, wokalu czy korzysta z zajęć plastycznych właśnie u nas, więc na lekcje idą de facto w kapciach. Jednak dwójka z nich uczy się w państwowej szkole muzycznej, a tam już trzeba je dowieźć. Na szczęście z pomocą przychodzi wspomniana już Babcia. Innym razem udaje mi się to sprytnie łączyć, ponieważ sam pracuję w tej placówce. Dostosowałem swój plan lekcji tak, by kończyć zajęcia mniej więcej wtedy, kiedy moje dzieci kończą swoje, i od razu zabieram je do domu.
Do tego wszystkiego dochodzi aktualna logistyka drogowa. W naszej okolicy trwa właśnie generalny remont drogi, przez co tworzą się gigantyczne korki. Potrafię jechać do miasta nawet godzinę i piętnaście minut! Kluczowe stało się więc precyzyjne wyliczanie, o której godzinie wyjechać i jak zaplanować trasę, żeby dotrzeć na miejsce w 20 minut, a nie w godzinę. Wymaga to ciągłego kombinowania i patrzenia w przyszłość. Dodatkowo budynek mojej filharmonii też jest w remoncie i w centrum miasta brakuje miejsc parkingowych. Załatwiłem sobie co prawda parking przy szkole, ale to wciąż nie jest idealne rozwiązanie. Szukamy więc każdego możliwego usprawnienia. Dziś na przykład jadę na ważne spotkanie do szkoły i celowo wyjechałem wcześniej, żeby po drodze zatrzymać się w Castoramie i dokupić kilka rzeczy, które były nam pilnie potrzebne do domu.
Taki styl życia wymaga ciągłego planowania z wyprzedzeniem. Oczywiście nie jestem nieomylny i zdarza mi się o czymś zapomnieć, a potem człowiek pluje sobie w brodę. Dlatego świetnym ratunkiem w naszej logistyce jest też regularne korzystanie z Allegro i zamawianie wszystkiego do Paczkomatów. To jest po prostu mega ułatwienie! Ostatnio złapałem się na tym, że zupełnie bez sensu i niepotrzebnie biegam po Bydgoszczy, szukając na przykład konkretnego pilota do sprzętu, który bez problemu znajdę na Allegro – w dodatku taniej i z dostawą pod same drzwi lub do pobliskiej skrytki.
Wiadomo, że istnieje mnóstwo metod na to, by ułatwić sobie codzienność. O ile jednak zakupy i dowożenie rzeczy to osobna, bardzo szeroka sprawa (którą opiszę w kolejnym poście), o tyle logistyka zajęć i dojazdów opiera się u nas na ciągłym kombinowaniu. Cały czas „kminimy”, co jeszcze możemy usprawnić, co zrobić lepiej i jak zaplanować dzień, by uniknąć zbędnych podróży do miasta. Szkoda nam po prostu czasu na bezproduktywne siedzenie w samochodzie i marnowanie życia w korkach.
Podsumowując tę część, omówiliśmy dziś tak naprawdę dwie główne domowe kategorie. Pierwszą z nich jest codzienne i cotygodniowe sprzątanie. Drugim, kluczowym tematem były wspomniane dojazdy i logistyka transportowa. Mam nadzieję, że te kilka naszych patentów zainspiruje kogoś z Was do wdrożenia zmian we własnym domu.
W kolejnym wpisie opowiem Wam trochę o zakupach. Tutaj też przez lata narodziło się kilka ciekawych patentów. Wbrew pozorom, zakupy w tak dużej rodzinie to niezwykle poważna sprawa. Jak wspominałem w moim pierwszym tekście, jedzenie to paliwo dla naszej rodziny – musimy jeść, by żyć i mieć siłę do działania. Przyjrzymy się zakupom szeroko pojętym, bo mowa tu nie tylko o produktach spożywczych, ale też o zaopatrywaniu się w innych sklepach.
Z kolei w czwartym poście opowiem Wam o technicznych i drobnych ułatwieniach w naszym domu. Nad tamtym tekstem będę musiał usiąść i dobrze się zastanowić. O ile o dojazdach opowiada mi się bardzo spontanicznie, nawet w trakcie jazdy autem, o tyle przy czwartej części zrobię pewnie szybki spacer po pokojach. Mamy mnóstwo drobnych usprawnień, których na co dzień już nawet nie zauważamy. Ja bez przerwy kombinuję i w locie wymyślam nowe patenty. Czasami to zwykły haczyk przyczepiony do boku lodówki, żeby deski do krojenia ładnie wisiały, a czasami jakiś sprytny sprzęt, który kupujemy do domu. O tym wszystkim przeczytacie już niedługo.
Jestem bardzo ciekawy, jakie będą Wasze wrażenia. Chętnie poczytam w komentarzach, jakie Wy macie patenty i rozwiązania w swoich domach. Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie i do usłyszenia w kolejnym wpisie!
Grafika: magnific.com
