Logistyka wielodzietnych z punktu widzenia Julii :)

Wywołana do tablicy, z lubością nadaję temu postowi podtytuł

“Kontrolowane płynięcie z prądem”

w kontrze do bardzo uporządkowanej logistyki mojego kochanego Męża 🙂

 

Otóż powodów takiego podtytułu jest kilka:

  •  w rodzinie wielodzietnej, gdy jeden z małżonków prowadzi bardziej uporządkowany i stały rytm życia, potrzebne jest, aby drugi mógł wieść życie baaardzo elastyczne – wtedy wszelkie niespodziewane zwroty codzienności (których przy gromadce dzieci jest wiele) da się w ten rytm wpasować, a cała maszyna się nie wykolei.
  • mimo że mamy z Mężem wiele wspólnych cech, są też takie, które w nas kontrastują. Jedną z nich jest ukochanie rutyny przez mojego Męża- przewidywalności, stałego rytmu. Ja z kolei nie trawię wyżej wymienionych. Uwielbiam życie lekko spontaniczne, gdzie każdy dzień jakoś różni się od poprzedniego, gdzie plan danego dnia tworzy się na bieżąco. Wszelkie próby narzucenia sobie stałych grafików zawsze kończyły się u mnie fiaskiem, bo po prostu dusiłam się w nich, uciekałam od nich, a nawet jeśli chciałabym w nich wytrwać, to prędko burzył je wspomniany w poprzednim punkcie pierwszy lepszy zwrot akcji, wywołany przez czynnik ode mnie niezależny, w stylu jelitówka dzieci ;). Po jakichś 10 latach macierzyństwa dałam sobie więc spokój z odgórnie narzuconymi ramami dnia (nie znaczy to, że przez 10 lat funkcjonowałam w ramach; znaczy to, że przez 10 lat próbowałam je bezskutecznie wcielać w życie).
  • Trzecim powodem jest moje podążanie za aktualnymi potrzebami i dostosowywanie planu dnia do nich – i mam tu na myśli zarówno potrzeby moje, dzieci, jak i Męża. Stąd uwielbiam elastyczne toczenie się dni, gdzie decyzje “co zrobić z tym dniem”, a raczej “z daną chwilą”, nasuwają się same – wystarczy wsłuchać się w potrzeby (moje/Męża/6 dzieci do wyboru – zawsze jakieś potrzeby wołają o zaspokojenie, więc plan dnia na ich podstawie tworzy się sam, każdorazowo inaczej). Przy okazji daje to też większe pole do manewru Duchowi Świętemu, którego czasem pytam “co teraz?”, “co mam wybrać do zrobienia w tym dniu?”. Bo rzeczy do wyboru jest zwykle sporo, a ja dobrze się w tym czuję – nie lubię nudy i narzuconych z góry grafików.

 

Dlaczego zatem nazwałam to płynięcie z prądem, “kontrolowanym”?

Bo pewne punkty programu są konieczne dla mojego egzystowania, a inne porządkują jakoś tą rzekę codzienności.

Konieczne dla mnie są 2 sfery:

1. codzienny czas w ciszy sam na sam ze sobą i Bogiem,

potocznie zwany modlitwą. Bez tego umieram, szybko “odpadam od pionu” czyli wytyczonego życiowego azymutu, zaczynam się staczać w otchłań egoizmu i płytkości życia. Niezanużona codziennie w Bożej Obecności i Miłości, szybko wpadam w ponuractwo i pesymizm, a niewyciszona – szybko się wykańczam.

2. porządne wyspanie się

– to drugi mój punkt must-be, bez którego nie umiem dobrze funkcjonować. Chodzenie na rzęsach to nie mój styl życia, a bez ośmiu godzin snu na dobę tak właśnie kończę – chodzeniem na rzęsach. Jeśli więc nie uda mi się spać ośmiu godzin w nocy, muszę mieć drzemkę w ciągu dnia. Po prostu muszę i koniec. Inaczej snuję się jak cień, zapycham słodyczami, jestem nerwowa i nie mam zasobów. Do tego punktu dorzucę, że od czasu do czasu potrzebuję też resetu, który polega na spędzeniu w łóżku kilku godzin w ciągu dnia, głównie na spaniu lub drzemaniu. Tak, serio. Po jakichś 15 latach macierzyństwa przestałam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia i zaakceptowałam, że po prostu od czasu do czasu moje ciało i psychika tego potrzebują.

A teraz punkty, które porządkują rzekę codzienności…

…bez których płynięcie z prądem skończyłoby się utopieniem. Tych punktów jest znacznie więcej. To po prostu narzędzia, które ułatwiają lub wręcz umożliwiają uporządkowanie tego wielodzietnego natłoku mnóstwa spraw, obowiązków i wyzwań (które, powtarzam, kocham, bo czuję się w życiu potrzebna, zawsze mam kilka celów do wyboru, mam dla kogo żyć, no po prostu to mój żywioł i moja radość. Jednocześnie nie znoszę szarej codzienności i powtarzalnych czynności, dlatego każdy dzień różni się trochę od poprzedniego).

1. Kalendarz

Kalendarz otrzymał pierwsze miejsce w rankingu, bo bez niego bym się pogubiła, co danego dnia lub tygodnia TRZEBA zrobić. W nim wpisuję wszystkie wizyty lekarskie i inne wydarzenia jednorazowe (jestem od kalendarza uzależniona do tego stopnia, że przykładowo, kiedy w ferie zimowe zupełnie opuściłam “gardę”, czyli wyluzowałam do tego stopnia, że nie zerknęłam do niego w pewien feryjny poranek, ominęła nas długo wyczekiwana wizyta u ortodonty). Lądują w nim wszystkie sprawy do załatwienia, zarówno prywatne jak i firmowe. Sprawy każdego typu – od kluczowych i bardzo ważnych, po wszelkie drobiazgi, które mi się przypomną między wyciąganiem zmywarki a puszczaniem prania – jak na przykład “dorobić klucze do domu dla starszaków / przesadzić tuję / znieść buty zimowe ze strychu / naprawić kran / umyć włosy Szóstej/ zabrać ciuchy na zmianę do przedszkola, bo się tam skończyły zapasy/ umówić dentystę dla całej rodziny/ odebrać paczkę z paczkomatu/ zadzwonić z życzeniami do cioci /kupić prezent na urodziny koleżanki X dziecka Y”. Mogłabym tak wypisywać przykłady w nieskończoność. To jest po prostu wszystko, co mi się przypomni lub co zauważę – że przydałoby się zrobić- a nie mogę tego zrobić od razu, natychmiast. Jeśli nie zapiszę – zapomnę. W skrajnych przypadkach zapisuję długopisem na dłoni- jeśli MUSZĘ to zrobić dzisiaj, a wiem że już nie zerknę w kalendarz ponownie tego dnia – lub wysyłam do siebie samej smsa lub głosówkę na drugi nr telefonu (np. z firmowego na prywatny), jeśli akurat nie mam przy sobie kalendarza (potem, gdy już mam ten drugi telefon i odczytuję wiadomość, wpisuję ją w kalendarz).

Codziennie przed południem sprawdzam co dzisiaj jest do zrobienia, a potem z lubością odkreślam w ciągu dnia, to co udało się zrobić. Wieczorem robię podsumowanie. Skreślam wszystkie odhaczone sprawy. Pozostałe rzeczy przepisuję na kolejny dzień.

Z tyłu kalendarza mam z kolei wypisane wszystkie comiesięczne płatności związane z zajęciami dzieci  – zerkam tam na początku każdego miesiąca, opłacam wszystko od razu zgodnie z listą i dzięki temu nie zapominam o tego typu rachunkach.

2. Grafik zajęć

Kluczem do sprawnego funkcjonowania rodziny wielodzietnej jest dobre wprawienie w ruch machiny na początku każdego roku szkolnego – takie przemyślenie i poukładanie zajęć dodatkowych, aby ograniczyć wożenie dzieci do minimum. Stronimy od stawania się rodzicami-szoferami, którzy każdego dnia mają po parę rund samochodem i spędzają wiele czasu w aucie, co gorsza w korkach. Dlatego wybierając działkę na dom, wybraliśmy taką blisko szkoły i nasze dzieci już od drugiej klasy chodzą i wracają ze szkoły same. Na zajęcia dodatkowe zapisujemy je tak, aby mogły na nie dotrzeć również samodzielnie, lub – gdy to niemożliwe – staramy się je łączyć z innymi celami – po kilka zajęć, aby jechać za jednym zamachem w kilka miejsc lub z kilkoma dziećmi, czy też podrzucać je tam w drodze na zakupy czy do pracy. Inną metodą jest poproszenie kogoś o pomoc – na przykład kogoś z rodziny – lub dogadanie się z innymi rodzicami, że na wspólne zajęcia naszych dzieci wozimy zamiennie. Dla przykładu w tym roku na zajęcia popołudniowe specjalnie wozimy tylko w czwartki: mniej więcej w tym samym czasie udało się ustawić akrobatykę Czwartej i tenis stołowy Trzeciego. Druga zabiera się z nami, bo idzie w tym czasie na basen, a Pierwszego na koniec odbieramy ze szkoły muzycznej (którą zaczyna znacznie później, więc dojeżdża w tamtą stronę boltem). W trakcie akrobatyki Czwartej, uczę się z Trzecim w aucie angielskiego, potem on idzie na tenis, ja odbieram Czwartą i robię angielski lub inne lekcje w aucie z nią. W międzyczasie wraca do nas Druga i w trójkę idziemy zrobić zakupy itp.

Z kolei w poniedziałki i środy wożenie na zajęcia całkowicie w tym roku przejęła Babcia, co właściwie było warunkiem zapisania dzieci na te właśnie zajęcia – bez tego byśmy się na to nie zdecydowali. Pomoc taka jest po prostu nieoceniona!

W poprzednich latach, kiedy np. syn chciał koniecznie zapisać się na piłkę w innej wsi, tworzyliśmy grupę rodziców innych dzieci z drużyny i umawialiśmy się na dyżury “kto wozi kiedy”.

Korzystaliśmy też nieraz z korepetycji nauczycieli mieszkających na tyle blisko, aby dziecko dochodziło do nich pieszo, z dojazdem do domu ucznia lub zdalnych.

Poza tym jedna z siedzib naszej firmy znajduje się przy naszym domu, więc na wiele zajęć nasze dzieci chodzą w przysłowiowych kapciach.

Jeśli z kolei pojawią się jakieś zajęcia, na które już nie ma innego wyjścia niż zawieźć specjalnie, zwykle łączymy to z czasem na załatwienie przy okazji jakichś spraw. I tak na przykład 2 lata temu, podczas akrobatyki Czwartej, ja miałam swój stały czas dla siebie i chodziłam na basen.

Cały grafik na początku roku wpisujemy w jedną wielką tabelkę, uwzględniającą także godziny lekcji w szkole, wieszamy tę tabelę na lodówce i maszyna toczy się do czerwca.

3. Dyżury i akcja sprzątająca

O, to jest bardzo ważny punkt! Każdy nasz starszak (czyli mniej więcej od wieku szkolnego – aktualnienie jest to 4 dzieci) ma swoje obowiązki domowe, co sprawia, że aktualnie – przy prawie już 7 dzieci, jestem znacznie mniej zmęczona niż gdy byłam mamą tylko 2, 3 czy 4 dzieci, ale za to wszystkich jeszcze małych. Teraz jest nas po prostu więcej w składzie ekipy dbającej o dom, bo zawsze powtarzam, że dom to nie hotel, a ja nie jestem sprzątaczką. Skoro mieszkamy w domu razem, to razem o niego dbamy. Kiedy wszystkie dzieci były małe – nie było wyjścia. Teraz tworzymy sztab ludzi wzajemnie ciągnących ten wóz i to jest super! Przy okazji dzieci naturalnie uczą się zwykłych codziennych obowiązków, więc nie będą zdziwione, że trzeba to wszystko robić, gdy pójdą “na swoje”. Oczywiście dzieci mają tylko wydzielone zadania, a nad całością koordynację sprawuję ja, ale z czwórką dodatkowych par rąk do pracy, jest mi o niebo łatwiej.

W praktyce wygląda to tak: 3 razy dziennie do zrobienia jest “dyżur”, czyli posprzątanie kuchni i salonu (do poziomu “zero”, czyli że ma być po prostu porządek – w skład tego wchodzi wyciągnięcie, włożenie i puszczenie nowej zmywarki, posprzątanie z blatów, stołu, podłogi itp). Takich dyżurów wychodzi więc w tygodniu 3x 7 = 21. Mój Mąż i czwórka najstarszych dzieci (w wieku 16, 14, 12 i 10 lat) mają po 3 takie dyżury w tygodniu (3×5 osób = 15). Pozostałe 6 dyżurów należy do mnie. Dyżury wpisujemy w naszą tabelę tygodniowego grafiku (tą wiszącą na lodówce = tą, o której wspomniałam w poprzednim punkcie). Czas trzech dyżurów tygodniowych danej osoby dostosowywuję do jej grafiku tygodniowego – np. dane dziecko ma dyżur wtedy, kiedy na stałe akurat tego popołudnia czy wieczora nie ma zajęć popołudniowych lub kiedy wraca najszybciej do domu itp. Musi to być więc dobrze przemyślane, aby było życiowe i możliwe do zrobienia. Z biegiem czasu dzieci przyzwyczajają się do tego, że w dane dni mają dyżur. Ja w tym roku mam dyżur codziennie rano od poniedziałku do piątku (plus 1 w weekend), bo jestem jedyną osobą, która jest w tym czasie w domu –  codziennie wszyscy w tym roku mają szkołę na rano. Dyżury są 3 na dzień i mają swoje nazwy – poranny, poobiedni i wieczorny. Robione są po prostu po śniadaniu, po obiedzie i po kolacji.

Niezależnie od dyżurów – które obejmują najważniejszą część domu – pozostaje zawsze jeszcze do posprzątania parę innych sfer: pranie, śmieci, rzeczy walające się w innych częściach domu, sprzątanie ogrodu czy aut. Pranie ogarniam zwykle ja, śmieci ja lub mój Mąż, walające się rzeczy w różnych częściach domu i aucie zwykle “po drodze” i przy okazji, rzeczy na ogrodzie zwykle mój Mąż.

Kolejną ważną sprawą jest “akcja sprzątająca”, czyli cotygodniowe sprzątanie domu, w sensie dbania o jego bardziej już gruntowną czystość. I tak Druga jest odpowiedzialna za cotygodniowe sprzątanie łazienki u góry, Trzeci – tej na dole, Czwarta – za czyszczenie kanapy, wyciąganie rzeczy, które pod nią wpadły i mycie krzeseł, a Pierwszy ma kilka prac, spośród których co tydzień wybieramy jedną, najbardziej akurat potrzebną (do wyboru mycie okien, mycie blatów i frontów w kuchni, koszenie trawnika itp.). Dzieci wywiązują się z tego bardzo dobrze, można powiedzieć, że weszło im to już w nawyk, że raz na tydzień każdy robi to, co należy do jego działki w akcji sprzątającej.

A jak to osiągnęliśmy? Traktujemy ich kieszonkowe jako wypłatę za wypełnianie obowiązków. Ta wypłata dzieli się na 4 równe części:

  1. Dyżury (1/4 kieszonkowego)
  2. Akcje sprzątające (1/4 kieszonkowego)
  3. Dbanie o porządek w swoim własnym pokoju (1/4 kieszonkowego)
  4. Odpowiedzialność za dom i ogród (1/4 kieszonkowego)

O ile pierwsze dwa właśnie omówiłam, a trzecie jest oczywiste, o tyle potrzeba dodać tych kilka słów o punkcie czwartym. Jest to ogólne uczenie dzieci poczucia odpowiedzialności za naszą wspólną przestrzeń i wspólne życie – od czasu do czasu organizujemy na przykład latem akcję podziału ogrodu na strefy koszenia i strefy plewienia chwastów i w jeden dzień cała rodzina kosi i plewi (rysujemy mapkę terenu, więc każdy wie, który fragment jest “jego”), tak że cały ogród jest ogarnięty. Innym razem powołujemy się na ten punkt, gdy na przykład dorywczo potrzebujemy w czymś pomocy – w wyniesieniu śmieci czy przeniesieniu zakupów z auta do domu (mówię np. “w ramach odpowiedzialności za dom, wynieś proszę śmieci”).

W ten sposób na koniec każdego miesiąca oceniamy jak dziecko wywiązywało się z tych 4 punktów i na tej podstawie wypłacamy 100% lub mniej kieszonkowego. Dodatkowym motywatorem do zrobienia samej akcji sprzątającej jest jeszcze to, że dopiero po jej zrobieniu w danym tygodniu dziecko może mieć swój “czas ekranowy” – raz na tydzień dzieci mogą trochę dłużej rozerwać się przed ekranem.

4. Przedszkole i klubik

Taaak, to baaardzo ciekawy temat, ponieważ swego czasu byłam wielkim przeciwnikiem posyłania dzieci do przedszkola, a do żłobka – jak twierdziłam – nie zamierzałam posłać nigdy, chyba że zmusi mnie do tego życie. Pisałam nawet o tym posty na Niebieskiej Ławeczce. 😉 I otóż dochodzimy tutaj do pięknego przykładu, jak to się mówi, że “tylko krowa nie zmienia zdania” 😉 A skąd ta zmiana zdania się wzięła? Po krótce: kiedy Piąty miał niecałe 3 lata, a Szósta pół roku, byłam już tak skrajnie wykończona, że aż na jednej ze spowiedzi powiedziałam mojemu kierownikowi duchowemu, że biorę go na świadka, że muszę zmienić coś w moim życiu gruntownie, bo nie chcę tak dalej żyć. Tak, to był jakiś moment w moim życiu, kiedy zobaczyłam, że nie chcę tak dłużej funkcjonować, że nie chcę aby tak wyglądała moja codzienność: żyłam w ciągłym biegu, znerwicowaniu i wykończeniu. Źródła tego zmęczenia były 3 podstawowe: nadmiar dodatkowych rzeczy w które się angażowałam (ciągnęłam za dużo przysłowiowych wron z ogony), brak opiekunki (mieliśmy ciągle problemy ze znalezieniem jakiejś naprawdę dyspozycyjnej) i prowadzenie firmy (czego nie było przy pierwszej czwórce naszych dzieci, kiedy byli mali). W każdym razie po tak stanowczej już deklaracji na spowiedzi (czyli po dojściu do ściany) zaczęłam się poważnie zastanawiać nad moim życiem i podjęłam radykalne kroki. Po pierwsze porezygnowałam z czego się dało (np. odeszłam ze skautingu, bo to było już ponad moje siły; przestałam być nauczycielką w naszej firmie, a zostawiłam sobie już tylko i wyłącznie zarządzanie nią). Po drugie, uznałam, że skoro od dłuższego czasu nie wychodzi nam z opiekunkami, to czas przestać walczyć z wiatrakami i – łącząc to z faktem, że Piąty właśnie skończył 3 lata – skorzystać z przedszkola (zwłaszcza, że jego temperament naprawdę roznosił nam dom). Co do prowadzenia firmy – tego nie chciałam zmieniać, bo to moja ukochana praca home office, ale wiedziałam, że odkąd Piąty będzie w przedszkolu, będzie mi dużo łatwiej ją prowadzić. I tak od września (rok temu) Piąty wszedł w tryby przedszkola. Tymczasem nasza Szósta rosła i też weszła w okres, w którym dokazywała coraz bardziej, a home office stał się przy niej dużym wyzwaniem. Z opiekunką dla niej nadal był problem, więc mój home office był coraz większym problemem i to zbiegło się w czasie z otwarciem w naszej wsi, dosłownie 4 minuty pieszo od naszego domu, klubu malucha. Sam fakt, że to kameralny klub malucha (w praktyce jest tam zwykle max 10 dzieci), a nie wielki żłobkowy moloch, pomógł mi w przełamaniu się do tej decyzji. A w utwierdzeniu się w niej pomagał codzienny widok naszej Szóstej, która aż przebierała (i nadal to robi) nóżkami z radości, kiedy ma tam iść. Śmieję się, że decyzja o klubiku jest wyrazem tego, że przy szóstym dziecku obniżyłam swoje standardy, a mój Mąż mówi, że może po prostu poszłam po rozum do głowy i zaczęłam korzystać z udogodnień, które mi państwo funduje (bo oczywiście korzystamy z programu “Aktywny  w żłobku”), ale ja tak naprawdę wiem, że to Boże prowadzenie (też nauka pokory dla mnie, żeby nie zarzekać się, że coś “nigdy, absolutnie”), bo zarówno przedszkole Piątego (również kameralne bardzo) jak i klubik Szóstej są miejscami, w których nasze dzieci dobrze się czują (to widać!) i spadły nam po prostu z nieba. Moje życie odtąd zmieniło się diametralnie. Mam prawie codziennie (“prawie”, bo czasem świadomie nie puszczam Szóstej, żeby więcej z nią pobyć, żeby ona odpoczęła trochę w domu) czas dla siebie, czas ciszy w domu. Ciszy, w której mogę spokojnie się pomodlić, wyspać, posprzątać, prowadzić firmę, załatwić milion spraw z listy do załatwienia i nabrać zasobów cierpliwości do bycia z całą szóstką, kiedy wracają ze szkoły, przedszkola i klubiku. Moje życie nabrało absolutnie nowej jakości. Jestem teraz na codzień wypoczęta i, można powiedzieć, żyję normalnie, a nie w trybie “przetrwania wykończonej matki wielodzietnej”. W każdym razie do tego stopnia jest mi teraz łatwiej, że miałam w sobie bardzo dużą gotowość na otwarcie się na nasze Siódme. A to chyba najlepszy owoc tego wszystkiego.

5. Wsparcie dziadków

Osoba Babci zasługuje zdecydowanie na osobny punkt, chociaż nie będzie on długi. Po prostu – od tego roku moja Teściowa jest na emeryturze i pomaga nam jeszcze więcej niż wcześniej, za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni! Bycie szoferem naszych dzieci w dowozie na zajęcia aż 2 razy w tygodniu i to w obie strony, to dla nas ogromne odciążenie – mamy szansę na normalne popołudnia a nie zmaganie się za kierownicą z Maluchami na pokładzie. Babcia też zwykle przywozi nam przy okazji jakieś obiadki, nieraz zabierze któregoś Nastolatka na zakupy do galerii, ogarnie z nim jakiegoś lekarza czy zostanie z wszystkimi, gdy my na przykład mamy spotkanie Domowego Kościoła. Jeździ też z nimi na basen, czy od czasu do czasu bierze razem z Dziadkiem na jakąś wycieczkę. Z kolei moi rodzice mieszkają daleko, ale ostatnio wpadli na pomysł wysyłania nam obiadów Inpostem… Serio! Gotują dla nas co jakiś czas i wysyłają nam to w wielkim pudle, a my dzięki temu mamy z głowy obiady na parę dni. W lato z kolei przyjmują nasze najstarsze dzieci na “wakacje u dziadków” (a ci nasi najstarsi już dojeżdżają do nich sami pociągiem, więc rewelacja!).

A co ja w takim razie robię?

Omówiłam Wam powyżej wszystkie najważniejsze “środki” do tego, aby mi było łatwiej. Oczywiście z jednej strony łatwiej jest dzięki temu NAM = mi i Mężowi. Z drugiej strony zdaję sobie też sprawę z tego, że mój Mąż jest typem faceta, który bierze to wszystko razem ze mną i ciągniemy ten wielodzietny wóz razem. Mam w nim nie “wielkie wsparcie”, tylko po prostu jesteśmy w pełni RAZEM odpowiedzialni za naszą rodzinę i logistykę. Takie partnerstwo i obopólne poczucie odpowiedzialności to klucz do szczęśliwego małżeństwa w rodzinie wielodzietnej. Czujemy, że to są NASZE dzieci i nikt nie jest tu poszkodowany byciem jakimś służącym drugiego. Nikt też nie czuje się traktowany niesprawiedliwie czy zostawiony sam sobie z toną obowiązków domowych. Oboje pracujemy zawodowo i oboje angażujemy się w dbanie o sprawy dzieci i domu. Niektóre sfery robimy wymiennie, innymi dzielimy się w jasny sposób.

Mój wkład w naszą logistykę, w funkcjonowanie tej wielkiej Machiny jaką jest nasze wielodzietne życie to:

  • dbanie o potrzeby dzieci. A tych potrzeb jest mnóstwo. Zwykle, gdy wracają ze szkół/przedszkola/klubiku już od progu pojawia się lista próśb do mnie / wylewanie trudnych emocji na mnie / sto pytań “do” / potrzeba reagowania na spory między rodzeństwem / potrzeba wysłuchania, przytulenia, nakarmienia/zaplanowania czegoś, co okazuje się że oni potrzebują zrobić / dopilnowanie odrobienia lekcji i nauczenia na sprawdziany/ dopilnowanie ćwiczenia na instrumencie, zrobienia gimnastyki korekcyjnej czy kupienia przyborów na następną lekcje techniki / pomoc w spakowaniu się na biwak / umówienie lekarza, badań, fryzjera / zakup ubrań/kosmetyków/butów/ i jedno wielkie ETCETERA 😉 To wielkie etcetera trwa od obudzenia się dzieci do ich wyjścia z domu, a potem od ich powrotu do domu aż do zaśnięcia. Trzeba dodać, że Maluchy budzą się już o 6 rano, a Nastolatki zasypiają nieraz około północy, więc potrzeby do zaspokajania pojawiają się właściwie całą dobę (w nocy też zdarzy się nieraz Szóstej obudzić i trzeba wstać, aby pomóc zasnąć). W trakcie kiedy nie ma ich w domu też nieraz zaspokajam ich potrzeby, bo właśnie wtedy jest czas na realizowanie punktów z kalendarza w stylu “umówić lekarza”. Rankami na szczęście głównie wstaje mój Mąż, wieczorami na ich potrzeby do późna głównie reaguję ja. On jest typem skowronka, a ja sowy, więc tutaj naturalnie podział tworzy się sam (przy okazji mały patent: on wieczorami używa opaski na oczy, gdy chce już spać, a ja jeszcze robię coś przy świetle; ja rankami używam stoperów do uszu, gdy chcę spać dłużej niż pozwala godzina rozpoczęcia porannych hałasów. I tylko jeden rodzaj stoperów się do tego nadaje. W ciągu drzemki w dzień, oprócz stoperów, niezbędny jest też klucz do sypialni).
  • odpowiedzialność za komunikatory. Tak – przy 6 dzieci mam całą listę edzienników, grup na whastappie, messendżerze i facebooku i innych kontaktów, które służą do komunikacji między rodzicami danej klasy, organizacji danych zajęć popołudniowych czy komunikacji między szkołą/przedszkolem/klubikiem a rodzicem. Aktualnie mam takich jednostek około dwudziestu. 3 z nich ogarnia Mąż, ja pozostałe 17. Wyobraźcie sobie dni, w których z każdej z tych grup / edzienników / kontaktów dostaję jakieś wiadomości. Można oszaleć 😉 na szczęście z pomocą przychodzi mój kalendarz, więc co ważniejsze sprawy zapisuję tam i na bieżąco potem dopinam i realizuję lub dopilnowywuję, aby zrealizowały dzieci. Z kolei co tylko się da, odpowiadam/załatwiam od razu, aby mieć to z głowy.
  • odpowiedzialność za funkcjonowanie firmy, która przynosi około 50% dochodu naszej rodziny, więc jest to równie ważna część składowa naszych finansów, co praca mojego Męża. Ogarniam firmę właściwie od rana do nocy, chociaż na szczęście coraz lepiej idzie mi rozgraniczanie życia prywatnego od zawodowego. Przejawia się to m.in. tak, że większość grubszej biurowej pracy przy telefonie i komputerze staram się wykonywać przedpołudniami, gdy dzieci nie ma w domu. Popołudniami odbieram tylko pilne telefony i odpowiadam na bieżące wiadomości – dorywczo i w momentach, kiedy akurat dzieci mnie nie potrzebują. W pozostałych chwilach – gdy jestem z dziećmi – zostawiam telefon służbowy zamknięty w biurze lub wyciszony. Na weekend zwykle włączam tryb lotniczy.
  • 6 dyżurów tygodniowo (wszyscy inni mają ich po 3) – wynika to naturalnie z tego, że ja jestem prawie ciągle w domu, więc oczywistym jest że mam najwięcej dyżurów. Jednocześnie świadomość, że pozostałych 15 dyżurów tygodniowo robi “za mnie” ktoś inny jest niezwykle antydepresyjna! Kiedyś głównie ja sprzątałam rano, wieczór, we dnie, w nocy (z dużym udziałem Męża, ale jednak głównie ja) i to było dla mnie niesamowicie depresjogenne – sprzątam i sprzątam, a w kółko robi się ten sam bajzel. Naprawdę czułam się jak mitologiczny Syzyf i regularnie miałam kryzysy z tym związane, a w domu regularnie był syf, bo ja już nie miałam energii i entuzjazmu do robienia w kółko tego samego, bez widocznych trwałych efektów. Teraz zupełnie nie mam już z tym problemu. Nawet jak mi się nie chce, to myślę sobie, że przecież poprzednie 2 i  następne 2 dyżury zrobił/zrobi ktoś inny i od razu przychodzi mi do tej roboty pozytywne nastawienie.
  • udział w akcji sprzątającej – oczywiście ja też mam w niej swoją działkę
  • odpowiedzialność za dom – jestem nie tylko koordynatorem całości, ale dbam odgórnie za sprzątanie wszystkich innych “działek”, które akurat nie wchodzą w skład dyżuru czy akcji sprzątającej. Jedną z nich jest na przykład pranie, za które właściwie w całości jestem odpowiedzialna (na szczęście od 2019 roku mamy suszarkę elektryczną, a od niedawna funkcjonuje u nas system segregacji prania brudnego “3 kosze” i wypranego “InPost”,  o czym szerzej pisze mój Mąż w swoim drugim wpisie o logistyce).
  • częściowa odpowiedzialność za posiłki – i tutaj na szczęście jestem odpowiedzialna w małym stopniu, alleluja! 😉 Po pierwsze nigdy nie lubiłam gotować. Po drugie ktoś mądry (pozdro Patryk G. ;))  powiedział mi kiedyś, że nie można być w życiu wszystkim i odtąd rzadko już kiedy piekę ciasta. Po trzecie mój Mąż lubi gotować, więc dzielimy się tym co najmniej po równo (albo raczej z jego przewagą). Po czwarte nasze dzieci też czasem coś upichcą lub umieją w każdym razie sami sobie przygotować śniadanie / kolację czy śniadanie do szkoły (oczywiście mowa o 4 starszych). Przy okazji dodam, że wiele w tym względzie uczynił dla nas skauting (trójka najstarszych należy już do tej wyższej wiekowo grupy Skautów Europy, w której co roku jeździ się na 15-dniowy survival do lasu, na którym muszą oni codziennie sami rozpalić ognisko i sami sobie ugotować na ogniu obiad. Po powrocie z takiego obozu gotowanie na piecu elektrycznym to dla nich luksus i prościzna). Obrazu odpowiedzialności za posiłki dopełnia wspomniane już wsparcie babć i dziadków w gotowaniu i dostarczaniu nam od czasu do czasu obiadków oraz średnio raz na tydzień korzystanie z gotowych obiadów (w stylu czwartkowe promocje w Żabce, gotowe lazanie z Biedronki czy pizza z pizzeri). Najstarszy je też obiady w szkole, a Maluchy w przedszkolu i klubiku.
  • nikła odpowiedzialność za cotygodniowe zakupy – zwykle robi je mój Mąż, ALE wspominam tu o nich, bo świetnie sprawdza nam się aplikacja Listonic i bardzo ją polecam – to ona pomaga mi na bieżąco notować to, czego brakuje w domu, a potem w trakcie zakupów wszystko co wpisałam widzi kupujący i może odhaczać od razu to, co włożył do koszyka.
  • zawożenie i odbieranie dzieci z klubiku i przedszkola – co również współdzielę z Mężem
  • odpowiedzialność za milion innych drobiazgów, które napataczają się same każdego dnia, a o których już nie ma sensu tu pisać, bo życia by zabrakło, a dla mnie są po prostu elementem mojego bycia mamą, żoną i panią domu, i co tu dużo mówić – kocham to!
  • aaaaa, no i jeszcze organizacja urodzin, świąt i wakacji – to sprawy dorywcze, ale też zdecydowanie mój konik 🙂

A jak wygląda mój przeciętny dzień?

Rano wysypiam się gdy tylko mogę – pierwsze chwile poranka bierze na siebie prawie zawsze mój Mąż. Wstaję więc około 7/8, czasem pomagam wybrać się Czwartej do szkoły, czasem podrzucę Pierwszego na autobus. Jeśli Mąż zawiezie Szóstą do klubiku, mi zostaje zebranie Piątego i zawiezienie go do przedszkola (w sąsiedniej wsi). Śniadanie w przedszkolu jest dopiero o 9 (m.in. za to kocham to przedszkole-  że nie trzeba tam być na 8 rano), więc zwykle na 9 tam dojeżdżam, zostawiam Małego i wracam do domu około 9.15. Zwykle od razu idę ogarnąć porządek w naszej przydomowej siedzibie firmy (skoro już jestem na dworze), po czym ogarniam dyżur poranny w domu. Gdzieś w trakcie lub zaraz po tym punkcie robię namiot spotkania połączony z ignacjańskim rachunkiem sumienia – to moja forma codziennej modlitwy osobistej (namiot spotkania wywodzi się z Domowego Kościoła w którym z Mężem jesteśmy, a I.R.S. z duchowości jezuickiej, która jest nam bliska). Trwa to łącznie 15 do 30 minut i ładuje mi akumulatory. Zwłaszcza w jakieś zdołowane dni czerpię w te minuty z Boga siłę do nowego dnia, a On mi ją daje, pociesza, podnosi na duchu, uskrzydla, przytula. Po modlitwie i ogarnięciu dyżuru na dole, zaczyna się punkt dowolny mojego przedpołudnia, czyli to, czym dni różnią się między sobą. Czasami idę ogarniać pranie i górę, od czasu do czasu odpoczywam (np. idę jeszcze z powrotem spać), czasem robię coś, co od dawna czekało na zrobienie (do wyboru setki spraw). Zwykle jednak siadam do spraw firmowych, na czym zlatuje mi czas aż do pierwszych powrotów dzieci ze szkoły. Wtedy zaczynam być do ich dyspozycji – wysłuchuję, reaguję, pomagam w nauce, umawiam do koleżanek, zamawiam potrzebne im rzeczy przez allegro itp, szykuję obiad. Po obiedzie zwykle się zdrzemnę i potem – w dni, w które mój Mąż pracuje całymi dniami (średnio 2 x w tygodniu, czasami częściej), odbieram Maluchy. Po ich odbiorze to już jest zupełne płynięcie z prądem – wtedy właściwie to one ustawiają dalszą część popołudnia i właśnie ta część dnia jest najtrudniejsza: starsze dzieci też czegoś ode mnie potrzebują, rozdzwania się telefon firmowy i trzeba czasem reagować, innym razem trzeba w tym wszystkim jeszcze kogoś gdzieś zawieźć i wtedy to już jest prawdziwa karuzela, od której można dostać zawrotu głowy (z krzykami i aferami między dziećmi w tle). Około godziny 20 Szósta idzie spać i wtedy jest czas na czytanie książki Piątemu, pomoc Czwartej w zadaniach domowych i ćwiczeniu na instrumencie – schodzi nam to nieraz do jakiejś 22, chociaż czasem uda się to zrobić wcześniej, wtedy zdarzy się chwila czasu dla siebie lub – częściej – tej porze dnia towarzyszy lawina spraw, o których teraz nagle przypomnieli sobie Nastolatkowie (mama wydrukuj mi to, mama podpisz to, mama przyjdź do mnie do pokoju, bo chcę pogadać, mama pograj ze mną w szachy, mama kup mi przez internet to, mama umów mnie tam, mama nie rozumiem tego zadania z matmy, mama odwołaj mi jutrzejsze zajęcia, bo idę tam a tam, mama usprawiedliw mnie przez edziennik, mama potrzebuję na jutro na plastykę pojemniki po serkach topionych (hit! – nie jadamy serków topionych), mama, mama, mama;)). Po drodze jest modlitwa rodzinna, a po 22 chwila na zerknięcie w kalendarz, krótką herbatkę z Mężem i modlitwę małżeńską. Czasem poczytam książkę lub Biblię. Czasem się wypnę na wszystko i idę się kąpać, chociaż oni nadal czegoś ode mnie potrzebują 😉 A czasami siedzę tak jak dzisiaj- do późnej nocy – aby dokończyć coś na czym mi zależy. I tak to się kręci dzień za dniem i tydzień za tygodniem.

Wakacje

W wakacje jest zdecydowanie inaczej. Dajemy wtedy na luz. Miejsce kalendarza książkowego zajmuje rozpiska na lodówce – znacznie mniej planów i spraw do załatwienia – a grafik codziennych dyżurów zmienia się – jest dostosowany do terminów wyjazdów danych dzieci, a nie do godzin zajęć szkolnych – kto akurat jest w domu ten współdzieli rozpiskę dyżurów po równo ze wszystkimi (czyli wszyscy domownicy mają równą liczbę dyżurów tygodniowo, ja też :)). W wakacje logistyka sprowadzona jest do minimum, a jej miejsce zajmuje spontan, korzystanie z życia i odpoczynek 🙂

Płynięcie z prądem – jak to jest w realu

Każdy mój dzień różni się trochę od poprzedniego, każdy tydzień między sobą – również. Czasem udaje mi się zrobić mnóstwo rzeczy, innym razem odpuszczam i pozwalam sobie na więcej leniuchowania po to, aby mieć więcej zasobów, gdy dzieci wrócą po południu do domu. Czasem znajdę czas na jakiś swój projekt (jak choćby pisanie tego posta), innym razem większość dnia robię rzeczy dla innych. Czasem spotkam się gdzieś po drodze ze znajomymi – zwykle innymi rodzicami wielodzietnymi (lub raczej mamą wielodzietną), czasem wpadnie gdzieś jedna lub kilka wizyt lekarskich/fizjoterapeutycznych tygodniowo, więc jest wtedy więcej jeżdżenia przedpołudniami do miasta. Czasem zdarzą się choroby i wtedy płyniemy z nurtem choroby. Czasem część dzieci gdzieś wyjeżdża i wtedy jest tak jakoś pusto w domu. Czasem wyjdę na spacer do lasu, a innym razem kilka dni pod rząd nie ruszam się za wiele. Latem zawsze znajdę czas na posiedzenie na tarasie, a zimą – przy kominku. Zawsze staram się znaleźć czas na przytulenie dzieci i pogadanie z nimi, bo to mój podstawowy język miłości. Od czasu do czasu gdzieś wyskoczymy – czasem na lody, innym razem na jakiś większy wyjazd. Jednego tygodnia nic szczególnego się nie dzieje, innego każdy dzień naszpikowany jest jakimiś dodatkowymi eventami. Czasem jest spokojnie, innym razem nerwowo. Czasem wszystko idzie jak po maśle, a czasem jak po grudzie. I tak toczy się to życie. A ja zawsze staram się pamiętać o tym co najważniejsze – że mamy siebie – siebie z Mężem i nasze kochane dzieci, które są naszymi Cudami od Boga. I kocham to życie wielodzietne.  Żyję spełnionymi marzeniami o dobrym Mężu, o każdym z naszych Dzieci z osobna i o naszej wielodzietnej rodzinie jako całości, o domku na wsi i o pracy zawodowej, którą można wykonywać bez wychodzenia z domu. Dziękuję  Ci Boże za moje życie, które jest spełnieniem moich marzeń, za moich najukochańszych Bliskich.

Wkrótce poród

Tak… przed nami po raz siódmy rok, który – jak to przy noworodku i niemowlaku jest – będzie typowym płynięciem z prądem. Wszystko co opisałam powyżej, będzie po porodzie naturalnie zachwiane i pewnie, jak Bóg da, po raz kolejny też powoli wróci do normy. I to wracanie do normy zajmie pewnie, jak zwykle, około roku. Tak w każdym razie było za każdym poprzednim razem, czyli już sześć razy. Będziemy po raz siódmy dopasowywać naszą logistykę do nowych warunków – do obecności w niej nowego, kolejnego Człowieka. Człowieka który ma swoje potrzeby, będące jak puzzle w układance – nowym jej elementem 🙂

p.s. Cieszę się, że zdążyłam napisać ten post przed porodem. To już 40.tydzień ciąży, więc piękny moment zbliża się wielkimi krokami. Do zobaczenia nasz kochany Synku już wkrótce! Czekamy na Ciebie z naszym wielodzietnym światem. Zatrzymamy na chwilę naszą machinę logistyczną żeby Cię przywitać, a potem od razu zaczniemy ją dostosowywać do nowych realiów życia z Tobą na pokładzie! Nasz Siódmy Cudzie Świata – przybywaj! 🙂 🙂

 

Grafika: magnific.com

Dodaj komentarz