To uratowało nasze małżeństwo…

…już wiele razy. Zwłaszcza wtedy, gdy mieliśmy ochotę się nawzajem udusić.

 

Pytanie na śniadanie:

Czy miłość to uczucie?

Hmm… Kiedy dziecko w środku nocy wymiotuje wprost do łóżka, a ja muszę wstać po raz dziesiąty, mimo że sama jestem chora i słaniam się na nogach, żeby go przebrać, umyć, pocieszyć i dać mu wody, nie żywię do niego pozytywnych uczuć. Oj nie. Ale robię to, bo go kocham. Albo gdy starsze dziecko po raz piętnasty w ciągu godziny robi mi perfidnie na złość, moje uczucia chciałyby go rozszarpać. Ale nie robię mu krzywdy, bo go kocham. I mamy odpowiedź. Miłość to nie uczucie. Miłość to akt woli albo inaczej mówiąc – DECYZJA.

 

Anegdotka

Ktoś kiedyś zapytał staruszka, który obchodził 50.rocznicę ślubu, czy nigdy nie chciał się rozwieść ze swoją żoną. Ten odpowiedział: “Rozwieść? Nigdy. Ale zamordować… często!”.

Uczucia w małżeństwie są bardzo zmienne – od zauroczenia i uwielbienia do nienawiści i wściekłości. Nie zmieniają one jednak faktu, że kogoś kochamy. Taki fakt mogą zmienić tylko nasze czyny.

 

Korekta słownika

Kiedy staliśmy się małżeństwem, wykreśliliśmy z naszego słownika pojęcie “rozwód”. Po prostu taka opcja dla nas nie istnieje i oboje jesteśmy tego świadomi. Kiedy coś się psuje – trzeba to naprawić, a nie wyrzucać do kosza. A tego drugiego właśnie uczy współczesny świat. Kto dzisiaj naprawia sprzęty elektroniczne lub cokolwiek innego? Raczej, jak coś się psuje, to się to wyrzuca i kupuje nowe. Wiele osób myśli w ten sposób również o współmałżonku. Między innymi właśnie stąd bierze się plaga rozwodów.

 

Teoria dwóch linii

Mamy taką naszą małą teorię “graficzną”. Składa się ona z dwóch linii. Pierwsza linia jest prosta, ma punkt początkowy i biegnie bez końca. To linia naszej miłości: w momencie ślubu (punkt początkowy linii) podjęliśmy decyzję, że będziemy razem. Tego już nic nie zmieni. Prosta linia. Taka stała matematyczna. Druga linia to sinusoida, która przebiega równolegle do pierwszej linii, tylko raz jest powyżej a raz pod nią. To linia uczuć. Bardzo zmienna. Od szczytów rozkoszy po doliny skrajnie negatywnych emocji pod adresem żony czy męża. Skacze sobie ta linia jak jej się podoba. I ma do tego prawo, bo… UWAGA:

 

Uczucia nie podlegają ocenie moralnej i każdy ma prawo czuć to, co czuje.

Dlatego właśnie nieraz nie znoszę Jasia, a on nieraz nie cierpi mnie, ale i tak wiemy, że się kochamy i że tak będzie zawsze. Bo mamy świadomość tej stałej linii. Ona jest ciągła i niezmienna. Decyzja. Ona trwa zawsze. Ta świadomość ratuje nasze małżeństwo prawie każdego dnia. Bo prawie każdego dnia nasze dwa charaktery wchodzą sobie w drogę, nadeptują na odciski, zderzają się ze sobą aż iskry lecą. No i co?

 

No i trzeba brać się do roboty!

Naprawiać wszystko na bieżąco. Rozmawiać do skutku. Wałkować temat choćby w nieskończoność. Krzyczeć, płakać, załamywać się, płakać, krzyczeć, mówić, tłumaczyć, tłumaczyć, rozmawiać i rozmawiać. Aż emocje opadną, łzy się wyleją, dłonie uścisną na zgodę. Tak długo aż ramiona znów przytulą, atmosfera na nowo stanie się czysta, wszystko będzie wyjaśnione. Aż oboje poczujemy się zrozumiani i znajdziemy rozwiązanie dobre dla obu stron.

 

Ciężki kaliber

A kiedy słowa i łzy nie starczają, trzeba sięgnąć po bardziej radykalne środki… Poduszki. Zawsze niezawodne. Czasami stosujemy. Zwłaszcza kiedy nasza kłótnia utknie w martwym punkcie – gdy widzimy że nie umiemy nic wskórać, albo kiedy już nie wiemy, o co właściwie my się kłócimy i czujemy tylko buzującą w nas wściekłość, wtedy najczęściej pada hasło: “przynieś poduszki!”. Milusio jest się trochę ponaparzać. Grrr 🙂

 

 

Jedna myśl na temat “To uratowało nasze małżeństwo…

Pozostaw odpowiedź Ola Anuluj pisanie odpowiedzi