Pamiętnik z podróży cz. 1

Witajcie!

Tego lata udało nam się  po raz pierwszy wyjechać z dziećmi na zagraniczne wakacje. Miało być szumnie, czyli pod tytułem “podróż po Europie”. Skończyło się trochę mniej spektakularnie, bo porządnie zwiedziliśmy tylko jeden region Chorwacji. Ale zahaczyliśmy o parę innych krajów, co dla mnie – “matki Polki”, od prawie 9 lat Polski nie opuszczającej, było powodem prawdziwej euforii!

Na bieżąco tworzyłam reportaż z naszej podróży, opisujący jej cienie i blaski. A teraz publikuję dla Was jego fragmenty.

***

ETAP 1. Polska-Słowacja-Węgry

Podróż minęła bez przeszkód, choć dość męcząco. Już po przekroczeniu granicy zaczęły się przeżycia- bardzo się wzruszyłam, widząc, że rzeczywiście JEDZIEMY! Że po 9 latach opuszczam Polskę i jadę daleko przed siebie. Tym razem jednak z CZWÓRKĄ DZIECI. Że znów, po 9 latach macierzyńskiego siedzenia w kraju, mogę wrócić do mojej podróżniczej PASJI i znowu jest mi dane jechać daleko przed siebie, w Europę, “w świat”. Może to śmiesznie zabrzmi, ale tak właśnie było: popłakałam się ze wzruszenia. Jak człowiek będący blisko celu, do którego od dawna zmierzał, o którym marzył i którego szczegóły planował. Jechaliśmy przez tereny górzyste, właściwie całą Słowację. Było pięknie – góry – widoki, wysokie mosty, pierwsze tunele. Postój koło Trencina na stacji z widokiem na zamek, gdzie Jasiu zatankował gaz (jak się okazało, mega starym sprzętem i tankowanie trwało ok. 30 minut!; u Słowaków ponoć LPG nie jest popularne, ale ten punkt był chyba wyjątkowo wolny). Na świeżym powietrzu zjedliśmy tam obiad zabrany ze sobą z Polski i  ruszyliśmy w dalszą drogę. Przejechaliśmy Bratysławę – znów widok na zamek plus Dunaj. Pięknie! Po chwili granica słowacko-węgierska. Na Węgrzech uderzyło nas, że jest znacznie biedniej, prościej, jakby się tam czas zatrzymał. Drogi głównie takie “przez wsie”. A wsie jakoś takie skromniejsze niż polskie, choć zadbane i czyste. Nie widać jednak było w ogóle nowego budownictwa. Może Węgrzy nie biorą kredytów?

Po kolejnych chyba dwóch godzinach dotarliśmy nad Balaton. Upatrzony w internecie kemping w Revfulop, nawigacja znalazła bez problemu. Pogoda była gorąca tego dnia i dzieci od razu i koniecznie “JUŻ!” chciały wskoczyć do basenu. Trzeba było jednak zameldować się w recepcji. Tu ogarnęło mnie drugie wzruszenie, bo ten punkt programu przypadł mi, więc kiedy wysiadłam z auta i szłam na recepcję, uświadomiłam sobie, że naprawdę jestem za granicą; że po dziewięciu latach znajomość angielskiego znów mi się przyda, bo naprawdę nie dogadam się tu po polsku. Po wybraniu parceli wzięłam dzieci na basenik, a Jasiu zajął się rozbiciem namiotu (tak! Byliśmy na wakacjach z czwórką dzieci pod namiotem. I naprawdę nie było to nic wielkiego ani strasznego, jak sugerowało wielu). Poszło sprawnie i już mogliśmy czekać na dzień drugi.

Oto i on:
Mega wczesna pobudka – nasza Najmłodsza, jakoś przed szóstą. W sumie jej się nie dziwię, bo zaraz przy kempingu była linia kolejowa, a stare składy pociągu hałasowały na całego. Po zebraniu ruszyliśmy w drogę, jakieś 20 km (oczywiście autem): Zwiedzanie Półwyspu Tihany było dla mnie jak otwieranie zakurzonych szuflad w pamięci. Byłam tam jako dziecko z rodzicami i teraz – sama jako rodzic- oprowadzałam tam moje dzieci. Telefon do mojego Taty okazał się koniecznością, bo nie pamiętałam jak dojść na punkt widokowy. Tata pomógł mi odkurzyć pamięć i szybko znaleźliśmy właściwą dróżkę. Widok piękny, przy okazji oczywiście plac zabaw. A potem kolejny przebłysk przeszłości – przechodząc koło “Babamuseum” jak kadr z filmu mignęło, że to przecież muzeum lalek, w którym byłam jako mała dziewczynka podczas mojego pierwszego pobytu na Węgrzech, bodaj w 1996r. Nasza środkowa dwójeczka chciała zobaczyć, więc weszliśmy. Nic w środku nie zmieniło się przez te 22 lata, ale i tak się dzieciom bardzo podobało. Po muzeum dzieci były juz zmęczone, a Najstarszy narzekał jak sto pięćdziesiąt (cień podróży nr 1), więc był to najwyższy czas na lody, które zawsze dzieciom humor poprawiają. Po lodach jeszcze szybki rzut oka na “folklorystyczną” uliczkę.

W drodze powrotnej z Tihany wstąpiliśmy do Zanki, gdzie zawsze nocowaliśmy w moim dzieciństwie. I znów uderzyło mnie wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Prawie nic się nie zmieniło. Nawet naleśniki w przybrzeżnym barze takie same. Szkoda tylko, że tego dnia było dość zimno – kąpiel w Balatonie krótka i nieprzyjemna. Potem szukaliśmy jeszcze domu pewnego Węgra, w którym wakacyjnie podkochiwałam się jako nastolatka. Jasiu chciał koniecznie wiedzieć, gdzie ma przyjechać z giwerą. 😉 I znowu przebłysk pamięci – po chwili krążenia autem po wsi – nazwa ulicy na tabliczce. To ta sama, na jaką dawno temu adresowałam moje pierwsze listy “miłosne”.

Pierwsze dwie noce w namiocie- węgierskie noce – były spokojne, zwłaszcza że na kempingu byli głównie holenderscy emeryci i cisza… A to akurat nie ułatwiało… Nasze dzieci oczywiście dawały czadu wieczorami (cień podróży nr 2). Po co spokojnie zasypiać, skoro można rozrabiać na całego, zwłaszcza na namiotowych materacach, które aż się na figle proszą! Nad ranem w dniu wyjazdu w dalszą drogę padało, więc po raz pierwszy przydała się duża powierzchnia “salonu”, w sam raz na śniadanko.

 

A co było dalej… – znajdziesz TU

Dodaj komentarz