Dziennik pokładowy kapitana :)

Dziennik pokładowy:

Stan załogi – bez zmian, chyba, że doliczyć motyla, który zamieszkał u nas w domu.

Stan okrętu – pokoje załogantów w znośnym stanie, ale na horyzoncie wejście smoka i czystka w zabawkach; kolejne pomieszczenia przechodzą inspekcje i dogłębne zmiany organizacyjne. Na dzisiejszym widelcu kuchnia i pomieszczenie gospodarcze. Pralka się zapełnia, co oznacza, że Darth Vader jest coraz bliżej.

Kapitan – dziś jest nieźle, ale marzenie o automatycznym robocie-odkurzaczu nigdy nie było tak bliskie jego sercu jak dziś.

Załoga – ogólny stan przyzwoity, energia ich rozpiera, ale dają się ujarzmić. Poszukiwania sposobu na wytrącenie koła sterowego z rąk kapitana w toku.

I minął kolejny dzień, bałem się, że będzie ciężej niż wczoraj, ale jakoś poszło gładko, bez zakrętów większych. Dziś był dzień plasteliny i udało mi się sklecić węża z okularami… Oszczędzę Czytelnikowi zdjęć, ale powiedzmy, że wygląda to dość komicznie. Dzieci malowały śliczne prace… Sielanka… Jest tylko jedno ale: prysznic to ja wziąłem o 14 i to był pierwszy moment dnia dla mnie. A nie!! Sorry… Zapomniałem. Kupiłem tydzień temu dwa magazyny militarne, moje ulubione. Nie łudziłem się, że sobie dużo poczytam, ale brnę. Wychodzi to tak, że dany akapit muszę czytać 2 razy co najmniej, bo co 10 sekund coś muszę zrobić, ale dziś rano jeden przeczytałem.

Najbardziej zabawne są śniadania. Dzieciaki jedzą, a ja, zanim wszystko ogarnę i posprzątam, i siądę do jedzenia, to one już są po i już rozglądają się, co tu by można zmajstrować. Dziś tak było, bo poszedłem ambitnie i zrobiłem eleganckie kanapki zamiast zupki mlecznej. Na szczęście z pomocą przyszła technika. Panowie, jakbyście kiedyś byli sami dłuższy czas z dziećmi, pamiętajcie – ser wycięty w jakiś kształt jest lepszy od zwykłego plasterka. Ja miałem gotowca w kształcie myszy i bingo!!

Wracając do tego dosyć spóźnionego prysznica, to po prostu od rana zasuwałem z prędkością światła, goniąc od jednej czynności do drugiej. Moja kochana Żona często powtarza, jak wracam z pracy, że nieustannie sprząta. Wiecie co… święta racja. Znaczy drogie Panie, to nie do was, bo wiem, że wiecie o co chodzi. My faceci to tak do końca nie zdajemy sobie często z tego sprawy, ile jest roboty w domu i przy, powiedzmy, trójce dzieci. Podzielę się, że mi się to podoba, bo to taka wielgachna logistyka. Przy okazji wychodzą pewne kwestie i tu będę się bił w pierś. No bo… Żona często mnie prosi o jakieś drobne kwestie, w stylu, że jak się dzieci rozbierają do kąpieli, to żeby nie rzucać byle gdzie tych ubrań, tylko segregować i odkładać na kupki, bo to jej ułatwia organizację. Nie mówię, staram się to robić, ale niechętnie i często było to niechlujne z mojej strony. No i co??? Po ostatnim tygodniu doświadczyłem, jak takie pierdółki są ważne. Sam wprowadzam nawet pewne udoskonalenia. Wniosek płynie z tego taki…. Panowie, jak was żona prosi o pozornie błahe rzeczy w domu, to to róbcie i koniec. Będzie to z korzyścią i dla was.

Powiem wam, że jest z tego dużo frajdy, jak się udaje ogarnąć. Nawet czynności, które powodują, że masz wrażenie, że dysponujesz dwiema lewymi rękoma, potrafią dać sporo satysfakcji. Dziś spróbowałem zrobić fryzurę córce…. ponownie oszczędzę wam wrażeń… zdjęcia na szczęście nie ma, ale… koślawo, bo koślawo, ale wyszło! I nawet nie krzyczała strasznie… znaczy się -krzyczała, ale mniej niż wczoraj przy czesaniu, więc chyba sukces.

To by było na tyle. Płyniemy dalej.

Do zobaczenia.

Janusz

Zdjęciel należy do Freepick

Dodaj komentarz