Dziennik bosmański

Bosman Janusz melduje się na pokładzie!

Inspiracją tego wpisu jest dzisiejszy dzień, a konkretnie moja dwuletnia córka, z lubością bawiąca się kisielkiem, który jej zrobiłem. No bo przecież kisiel to taka ciastolina, tylko bardziej rzadka. A propos ciastoliny, u starszej córki znaleźliśmy wczoraj taką, co przyniosła z zerówki… całą spleśniałą, gdzieś w odmętach jej szafki. Wracając do dwulatki: jak zobaczyłem jej rączki całe w kiślu, to nagle dotarło do mnie: to jest myśl! Streścić jeden dzień z życia wielodzietnej rodziny! Piszę to w hołdzie dla wszystkich mam i ku przestrodze facetów, którzy mogliby pomyśleć, że ich małżonka się obija przy dzieciach. O NIE!

Przejdźmy do raportu pokładowego.

Jest godzina 22.00. Dzieci śpią uffff….

  • Moja opaska Mi-band pokazuje, że w dzisiejszym dniu zrobiłem 9733 kroków. Nieźle, zważywszy że wyszedłem tylko raz z domu, żeby autem pojechać po córkę do zerówki. Czyli, powiedzmy, 9000 kroków tylko po samym domu popylałem.
  • Dzieci żyją, sztuk 4, chyba najedzone. Gorzej z piciem, bo zapomniałem na kolację im coś dodać… Wiem, brzmi źle, ale najmłodsza piła, więc jest ok, a ci starsi sami se radzą.
  • Dom… hmmm, no – stoi. Odkurzyłem i odgruzowałem kuchnie – to plus… Swoją drogą podłoga już się nadaje do kolejnego odkurzenia, nie wiem po co ja to robię… Gdzie jest mój automatyczny odkurzacz?! Buhuhuhuuhuhuh…! Łazienki tym razem nie ruszałem, bo nie jest źle. Sanepid mógłby się nie zgodzić z moją opinią, ale przynajmniej względnie czysto jest i widać własne odbicie w lustrze.
  • A ja? No … żyję, zrypany do końca siedzę jak głupek przy laptopie, usiłując dociec, jakim cudem ten dzień przeszedł przez moje palce, łapiąc urywki wspomnień z każdej godziny. Aha – i jestem chory… to już trzeci dzień kataru. Wydmuchałem już dwieście chusteczek, kilka rolek papieru i serwetki na stół, a moja jedyna chusteczka materiałowa była już prana pięć razy…

Ok to chyba na tyle jeśli chodzi o raport. Ogólne informacje są, więc przejdźmy do rzeczy. Dla ułatwienia opowiadania i zachowania anonimowości, nadałem zmienione imiona moim dzieciom. Wystąpią więc:

Gucio lat 8

Konstancja zwana Stancią lat 6 i pół

Felek lat prawie 5

Mela lat 2

To nie był pierwszy taki dzień, o nie, i na pewno nie ostatni. W tym tygodniu nie mam pracy, a Julka w poniedziałki i czwartki pracuje cały dzień, więc naturalnie w te dni to ja zajmuję się domem i dziećmi.

Obudziłem się wyjątkowo późno, bo o dziewiątej, a to dlatego, że Julka, wiedząc, że jestem chory, nie budziła mnie o 6.30 i sama zawiozła starsze dzieci do szkoły. Wypada jednak wspomnieć, że noc ta nie była spokojna, ponieważ nad ranem Felek wymiotował (i tu moja żona dzielnie wstała, a ja tylko asystowałem jej z łóżka ;)) W związku z tym, że Mela poprzedniego dnia nie miała drzemki i była padnięta, to wstała dopiero o dziewiątej, a Felek, z racji swoich kłopotów żołądkowych, nie obudził się wcześniej. I to był początek dnia… Teraz jest godzina 22.18, a ja przez cały dzień nie usiadłem, aż do teraz. No, prócz momentu kiedy bawiłem się Lego z dziećmi.

A więc wstałem, lekko będąc zmulonym, licząc, że katar się osłabi… (marzenie ściętej głowy). Felek był póki co w gorszej formie ale Mela była przekonana, że to najwyższy czas na psoty. Jej pogodny uśmiech przywitał moje zamglone oczy. Przy okazji, jak to ona, dokonała kilku wywrotek (no bo normę dzienną trzeba wykonać). Serio! Takiego dziecka jeszcze nie mieliśmy. Wczoraj postanowiła skakać na główkę z tapczanu. Po drodze, niestety, był mały stolik… Efekt: rozcięty nos… nie no, generalnie, ona się na razie nie uczy na błędach. Ilość wywrotek i otarć jest nieprawdopodobna. Jej Anioł Stróż ma co robić. Ostatnio ją złapałem w locie na schodach.

Stan domu z rana był…. no może nie opłakany, ale taki typowy obrazek: pełno naczyń na blatach kuchni, zalegające sztućce tu i tam, niewyciągnięta zmywarka, podłoga zasyfiona, w sypialni lekki bajzel, o poddaszu (teren dzieci) nie wspomnę – ot dzień jak co dzień – normalka. A więc dzień dobry! Najpierw Mela musiała dostać śniadanie i, przyznam, poszedłem na łatwiznę, bo kanapka z białym serem i miodem to nie jest szczyt zdrowia, ale musiała wystarczyć. Samopoczucie miałem podłe, bo katar dał o sobie znać niemal od razu, no ale cóż było robić. Julii nie było i pomyślałem, że pewnie już pojechała do pracy. Przyszła mi wtedy złowieszcza myśl, że przecież od trzech dni uczymy Melę korzystania z nocnika, czyli to na mnie spada dzisiejsza, nierówna walka. Chciałem odsunąć ten moment jak najdłużej, ale sumienie mi nie pozwoliło. Melcia uznaje nocnik za zło konieczne i zwykle ryczy wniebogłosy, jak ma nim w ogóle siąść. Z resztą, jak się miało okazać, przez pierwszą część dnia po nic, bo i tak z lubością lała w gacie chwilę po tym, jak z rzeczonego nocnika wstawała. Felek, choć wstał, to po chwili położył się w naszej sypialni. Trzeba było go napoić po nocnych ekscesach, żeby się nie odwodnił, więc zrobiłem herbatkę, którą po chwili zwrócił… Na szczęście na ten akurat moment przyjechała Julka. Okazało się, że załatwiała coś w miejscowości obok i wróciła na wspólna herbatkę dokładnie po to, żeby złapać wymioty do nocnika, który akurat stał po drodze, więc zdążyła go złapać w biegu. Te kobiety to mają wyczucie czasu!

Zapowiadał się ciekawy dzień. Julka przywiozła materiał na obiad, zleciła mi kilka spraw, typu rozwieszenie prania i wstawienie nowego, i jeszcze inne, dotyczące głównie dzieci, i ruszyła do pracy. Miała się pojawić ponownie dopiero około dwudziestej.

Po śniadaniu, na które złożyła się reszta mojej sałatki, powłócząc nogami, zacząłem odgruzowanie kuchni. Wyznaję teorię, że kuchnia to klucz do porządku w całym domu i od niej zaczynam zawsze. A kluczem do porządku w kuchni zawsze jest zmywarka. To takie cudowne urządzenie, które kochasz, dopóki nie skończy myć, bo wtedy trzeba z niej – niestety już własnoręcznie – wyciągać. Teoretycznie robią to Gucio i Stancia, bo mają takie dyżury, ale… teraz byli w szkole.

Szło mi, powiedzmy, średnio, a to dlatego, że mniej więcej co 30 sekund trzeba było odrywać uwagę od naczyń, bo: Mela wylała herbatkę, Felek chce, żeby mu poczytać, Mela się wywróciła, Mela coś majstruej na stole, Felek coś do mnie mówi. Zaraz! Co? Co on znowu do mnie mówi? Felek ogólnie dużo mówi i łatwo stracić wątek.

W międzyczasie pomyślałem: „OBIAD!”. Sam się przecież nie zrobi! O ile wstawienie kurczaka do piekarnika mi się udało, to już zrobienie ziemniaków okazało się nie takie oczywiste. Dlaczego? Bo idąc po nie, natknąłem się w przedpokoju na stertę butów i innych rzeczy, wymagających posprzątania, a potem też ciągle odrywałem się od bieżącego zadania, dzieląc cenne sekundy na inne, jakże ważne rzeczy: plastiki trzeba było wysegregować, a i śmietnik się zapełnił, więc należało przedsięwziąć zdecydowane kroki. W dodatku trzeba było zdjąć pampersa Melci i zacząć czaić się na sisi. Ale najpierw moja księżniczka wymagała przecież ubrania! Zadanie to niełatwe, bo Mel uznaje rajtuzy za tragedię, a o skarpetkach nie ma nawet co marzyć. Z upodobaniem zrzuca jedną za drugą i tylko rajtuzy gwarantują jako takie ciepło dla nóżek.

Pierwsze dwie próby nauki nocnika zawiodły, mimo siedzenia na nim długo, oczywiście z moją konieczną asystą. Nic z siebie nie wypuściła, mimo że widać po niej było, że chce, ale co tam! Dwie minuty później już schodziła na dół z mokrymi majtkami… nie wiedzieć czemu, wtedy już chciała siadać na nocnik… co też czyniła, a ja zasuwałem do góry po kolejny komplecik ubrań. Gorzej, że nie dłużej jak pół godziny później wracała już z góry z cięższym kalibrem… czyli mycie pod prysznicem, mniam! W międzyczasie doszedłem do genialnego wniosku, że skoro robię kurczaka w piekarniku to i ziemniaki też tam się upieką. Bądźmy szczerzy – chodziło o to, ze nie trzeba wtedy obierać, tylko pociąć na ćwiartki, he he. Dzieci uwielbiają takie ziemniaki, a ja mam 10 minut do przodu. Swoją drogą, przy okazji któregoś z rzędu wchodzenia na górę, wstawiłem pranie i zniosłem dwa zrobione na dół, w wielkiej misce, myśląc sobie, że o to za chwilkę je powieszę. O ja naiwny… Tak – powiesiłem – tyle, że po południu jedno, a wieczorem drugie. Trzecie nadal w pralce się znajduje. No więc działałem jak zwykle, smarkając po kątach. Mój nos bolał już bardzo i tylko dzięki nocnej kuracji kremowej nie było na nim ran.

Wybiło południe. Wrócił Gucio. Felek był ciągle ospały, więc nie wytrącałem go z tego stanu. Jedno dziecko mniej zawsze ułatwia, choć akurat on jest zwykle bardzo spokojny. Jedyne co było problemem to fakt, że nie poszedł do przedszkola, a miał to być jego pierwszy dzień tam. Powrót Gucia był dla mnie sygnałem, że czas odebrać Konstancję, ale zrobienie tego przeciągnęło się do 13.00, no bo to, tamto, tam, tu, to, te, ona, on, itp. itd. głowa od nadmiaru bodźców pęka. Wychodząc po Stancię jeszcze wyrzucałem śmieci i wracałem się do domu kilka razy, już sam nie wiem po co. A Stancia… Stancia nie chciała iść do domu i schowała się pod biurkiem pani nauczycielki, gdzie na czworaka wlazłem, czym uradowałem niezmiernie całe zerówkowe towarzystwo: dorosły chłop gada na czworakach z córką pod biurkiem…

Po drodze małe zakupy (coś na kolację się przyda) i szybko do domu. Oczywiście w tym momencie należało przygotować obiad. Dobrze, że pomyślałem o brokule wcześniej. Felek uciął sobie rekonwalescencyjną drzemkę, więc było ok. Myślałem, że obiad zjem na stojąco, jak to zwykle bywa, gdy jestem sam w domu – po co siadać, skoro zaraz i tak trzeba wstać, ale tym razem po prostu obsłużyłem wszystkich, ugotowałem kisiel dla Felka i siadłem do własnego obiadu … cudowne 10 minut. Aha! Czyli jednak siadłem w ciągu dnia więcej razy niż do zabawy Lego 🙂

A dalej… to już z górki. Gucio wymyślił, że chce kolegę zaprosić. W związku z tym musiał odrobić lekcje, pograć na pianinie i posprzątać pokój. A ja sobie przypomniałem, że Julia mnie prosiła, żebym naprawił kilka rzeczy w domu, a więc trzeba było się wybrać do garażu, eh. Oczywiście narzędzia nie od razu poszły w ruch, no bo wiadomo, ciągle każde dziecko średnio co 30 sekund lub mniej coś chciało ode mnie. Do tego Mela miała iść na drzemkę, więc należało jeszcze założyć jej pampersa. W międzyczasie jeszcze miałem kilka telefonów, smsów i na facebooku jeszcze działałem, co dodatkowo odciąga od skupienia, ale jak zwykle tyle jest zaległych spraw, że każda jedna warta jest tego, aby ją popchnąć do przodu. Wyciągnąłem też odkurzacz – znak, że zbliżam się do momentu, kiedy będzie można uznać dół za czysty. Zwykle tak robię, a nawet czasem uda się umyć podłogę, wtedy jest szaleństwo czystości. Tym razem jednak odkurzacz stał się częścią krajobrazu salonowego na najbliższe kilka godzin. A no bo Mela zrobiła kupę do pampersa (nie może przecież pójść spać z kupą), a Stancia chciała, żeby koleżanka do niej przyszła, Felek się obraził, bo nie może zaprosić kolegi, Melka się wywróciła, Guciowi trzeba pomóc w zadaniach domowych, Gucio ćwiczy na pianinie, Stancia prosi, żeby zamontować jej nową zabawkę i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Łapiąc każdy moment, udało się naprawić listwy przypodłogowe, co od dwóch tygodni się o to prosiły, ale też świeże awarie, jak zepsuty kosz na pranie. Ostatecznie Mela w kółko uciekała z łóżka – z drzemki nici, więc trzeba było zdjąć jej pampers i na nowo czatować na sisi, choć w tym momencie miałem fatalistyczne myśli o kolejnych rajtuzach do przebrania.

Dzieci urzędowały po całym domu, kiedy przyszedł w końcu kolega Gucia, co zawsze przestawia mi syna w tryb szaleństwa. W międzyczasie doszliśmy do godziny siedemnastej. Zwyczajowo jest to czas, kiedy odpadam od ścianki wspinaczkowej (muszę się położyć). Ale jakimś cudem dziś nie miałem kryzysu. Po drodze wierciłem w ścianie pokoju Stanci, bo miałem zamontować tę zabawkę (od znajomych montowany na ścianie cały wielki domek ze zjeżdżalniami). Chłopcy chcieli żebym się z nimi pobawił, bo coś im się nie kleiła zabawa, więc włączyłem pozostałym dzieciom bajkę, przy której Mela w końcu zasnęła, a my w tym czasie przeprowadziliśmy epicką bitwę z robotami.

Pomyślałem wtedy: „Halo! Skoro Mała zrobiła sobie drzemkę o tak późnej porze, to potem nie będzie umiała zasnąć do północy. O nie – ratuj się kto może!”. Obudziłem ją i… potem tego żałowałem – wpadła w spazmy, rzekomo dlatego, że jej się bajka nie podobała, więc musiałem jednocześnie włączyć na komórce Kubusia Puchatka. I wtedy to się wydarzyło… zauważyłem, że się wierci i posadziłem ją na nocnik (przy jej buncie oczywiście). Zacząłem roztaczać przed nią wizje, jakie to nagrody dostanie za sisi w nocniku, ale poszedłem o krok dalej i pokazałem jej jogurcik i na zachętę dałem dwie łyżki spróbować. I stało się !!!!! Sisi w nocniczku! Szał ciał 🙂 Nie było to wprawdzie jej pierwsze siku w nocniku ever, bo tą sztukę osiągnęła Julia dwa dni wcześniej, ale jednak sukces dnia był.

Dobra. Mógłbym jeszcze pisać, że jednak odkurzyłem i wywiesiłem jakoś to pranie i nawet sałatkę się udało zrobić, a po drodze było dużo lamentu, radości, płaczu, krzyków, przytuleń i nie wiem czego jeszcze.

I TAK, DRODZY KOLEDZY, WYGLĄDA DZIEŃ ZWYKŁEJ STATYSTYCZNEJ MATKI. Słuchajcie, nie piszę tego po to, by pokazywać „o, ja to potrafię ogarnąć”, bo wiem, że z góry do dołu była to łaska dana mi z Góry. I tak samo często, jak daję radę, tak często też spieprzę różne rzeczy. Ten post ma być po prostu ostatecznym potwierdzeniem moich wcześniejszych wpisów, że dom to fabryka i nasze ukochane kobiety w tej fabryce siedzą znacznie dłużej niż my. Więc szapo-ba z telemarkiem dla nich. A przy okazji, do miłych pań, co myślą, że jak facet zostanie sam z dziećmi, to zginą one z głodu: chcę powiedzieć – FACET DA RADĘ. Dajcie mu taką szansę i zaufajcie. On se poradzi, pewnie inaczej i nie tak doskonale jak wy, ale poradzi sobie. To dla jego dobra!!!!! !!!!!! !!!!!!!! Widzę to po sobie. Bycie w domu z małymi dziećmi to obdzieranie żywcem własnego egoizmu. Więc drogie Panie, nie zabierajcie nam tej cennej lekcji. Najwyżej dzieciaki będą trochę odwodnione… Żart, żart !!! Spokojnie ;p Jest godzina 00:21…

Pozdrawiam Janusz

Designed by Freepik

2 myśli na temat “Dziennik bosmański

Dodaj komentarz