Zdrowo, smacznie, szybko i tanio? – Julia

… czyli wpis o odżywianiu siebie i rodzinki. Och, gdyby to było możliwe – żeby było zdrowo + smacznie + szybko (w przygotowaniu) + tanio…

To tak słowem wstępu, a teraz zróbmy krótki przegląd mojej historii żywienia:

  • Gdy byłam dzieckiem odżywiałam się (jeśli Rodzice nie kontrolowali)

niezdrowo+smacznie

a reszta mnie nie interesowała

  • Gdy poszłam na studia odżywiałam się

niezdrowo+smacznie+szybko+drogo

bo jeszcze Rodzice sponsorowali

  • Gdy wyszłam za mąż odżywiałam się

niezdrowo+smacznie+szybko+tanio

bo już Rodzice nie sponsorowali 😉

Dopiero gdy stałam się mamą, zaczęłam zwracać uwagę na aspekt pod tytułem “zdrowo”. Zdrowo czyli z jednej strony tak, aby dostarczyć wszystkich niezbędnych dla zdrowia substancji, ale z drugiej strony tak, aby zrobić to w towarzystwie jak najmniejszej ilości chemii i szkodliwych dodatków, których we współczesnym jedzeniu, o zgrozo!, jest pełno…!

Najpierw dokonaliśmy z mężem zmian oczywistych, takich jak ograniczenie słodyczy, fast foodów, wybieranie wędlin i mięs lepszej jakości. Potem wprowadziliśmy zamienniki typu:

  • soczki i napoje -> woda
  • jogurty słodkie i deserki -> jogurty naturalne
  • słodycze -> bakalie i owoce
  • herbata tylko czarna -> herbata również zielona
  • pieczywo tylko białe -> pieczywo ciemnie, z ziarnami
  • mleko uht -> mleko świeże
  • płatki i kulki do zupki mlecznej -> owsianka
  • cukier biały -> cukier nierafinowany
  • cukier -> miód
  • dżemu typu “30 g owoców na 100 g produktu” -> dżemy 100%
  • itp.

Wprowadziliśmy też do naszej diety produkty typu świadomie zdrowego, np. kasze różnego rodzaju, przyprawy (np. imbir/kurkuma), czosnek, ryby, jajka, warzywa kiszone. Wprawiłam się w gotowaniu zup warzywnych.

O ile takie zmiany nie wykluczały nadal opcji “szybko i w miarę tanio”, to kolejny, wyższy poziom zdrowego odżywiania, do którego poczułam zew po lekturze książki “Zamień chemię na jedzenie” już nie pozostawiał złudzeń. Trzeba było wybrać: albo zdrowo albo szybko/tanio/smacznie. Albo ja, albo zdrowie nas wszystkich. No i na razie radykalne zdrowie poległo w tym pojedynku. Dałam radę (i tak połowicznie) przez jakieś 2 miesiące. Potem się poddałam. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że NIE LUBIĘ gotować. Nigdy tego nie lubiłam. A życie według tej książki zmusza do robienia wszystkiego metodą “domowej roboty”. Gdyby tak się dało za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to oczywiście bym to robiła. Nawet utrata aspektu “smacznie” byłaby dla mnie do przeżycia (choć dla mojego Męża już nie). Ale utrata opcji “szybko” jest dla mnie zbyt dotkliwa. Nie potrafię. Nie chcę tak dużej ilości czasu poświęcać na przygotowywanie jedzenia każdego dnia. Jest tyle innych ciekawych rzeczy do roboty na tym świecie!

Tak więc żałuję, że nie mam kucharskiej smykałki i zamiłowania, bo wtedy zdrowie mej rodzinki z pewnością by na tym zyskało. Szukam jakiegoś rozwiązania. Póki co wybieram opcję

“w miarę zdrowo, w miarę smacznie, jak najszybciej i w miarę tanio”

czyli:

CHLEBY

W lepszych okresach piekę sama, takie na zakwasie i tylko z żytniej mąki. Opcja najbardziej ambitna i teoretycznie najzdrowsza – z żytniej typ 2000, ale takie nikomu nie smakują, a mnie od nich boli brzuch. Natomiast z mąki żytniej typu 700 są całkiem smaczne, dobrze wyrastają, brzuch po nich nie boli i jedynym minusem jest to, że szybko twardnieją im skórki i trzeba niemalże piłą piłować żeby się dostać do środka… :/

W okresach standardowych kupujemy chleby, ale w dobrej piekarni, żytnie i z dużą ilością ziarna.

MASŁO

Takie 82 % tłuszczu.

A do smażenia masło klarowane.

WĘDLINY

W wersji bardziej ambitnej – tylko własnej roboty, czyli pieczone schaby (jednak te szybko się nudzą) lub z własnej wędzarni (tak, mamy takową, ale na to z kolei trzeba CZASU).

W wersji umiarkowanej ograniczamy ilość spożywanych wędlin, kupujemy te najlepsze czyli z jak najmniejszą ilością chemii, unikamy parówek itp.

SERY ŻÓŁTE

Te z najlepszym składem po prostu. Np. z Sierpca są niektóre typy bez żadnych konserwantów i dodatków – tylko mleko i podpuszczka.

MLEKO

W wersji ambitnej – prosto od krowy (codziennie o g.17 mogę kupić u naszych gospodarzy, ale jednak – trzeba się tam wybrać – kolejna rzecz na głowie, poza tym – nigdy nie pytałam czym te krowy się żywią, więc nawet nie wiem czy jest aż “tak” zdrowo)

W wersji standard – mleko świeże a nie UHT

SERY BIAŁE

W wersji ambitnej robię sama (z tego mleka od gospodarzy), w standardowej po prostu ze sklepu, ale bez żadnych dodatków w składzie.

WARZYWA I OWOCE

Najlepiej swoje czyli niepryskane, ale takich mało… Trzeba nawiązać kontakty z zaufanymi rolnikami (znowu CZAS, ale warto).

JAJKA

Prosto od kury z podwórka a nie z fermy, ale znów – warto by było wiedzieć co ta kura je!

CZEKOLADA

Własnej roboty – to akurat proste czyli szybkie 🙂 Przepis TU

CRUNCHY

Jak się jednak trochę czasu znajdzie to rodzina się cieszy że coś poza owsianką dostaje. A ja oddycham z ulgą, że zdrowe im daję.

OBIADY

Wszystko rozbija się o źródło pochodzenia warzyw i mięsa. Więc znów kontakty się kłaniają – nie ma to jak kura co biegała po placu lub wołowina prosto z łąki…

Poza tym mamy wpływ na dużą ilość czosnku, zup kremów, fasoli i grochu, kiszonych produktów (najlepiej własnej roboty!), kasz…

DESERY

Oczywiście… Jeszcze do tego wszystkiego można samemu wypiekać zdrowe ciasta z mąki żytniej czy orkiszowej pełnoziarnistej – przez te wspomniane 2 miesiące nawet mi to wychodziło. Ale o opcji “szybko” można wtedy zapomnieć….

Tak więc miotam się między zdrowiem a przyjemnością, między zdrowym rozsądkiem a fobią szkodliwości tego co mam na talerzu. Gdyby ktoś z Was znalazł jakąś złotą receptę na

“zdrowo, smacznie, szybko i tanio”

niech da znać. Buźka!

 

Zdjęcie –  Zaprojektowane przez Freepik

Dodaj komentarz